Ostrzeżenie.!!!

Na blogu mogą znajdować się wulgaryzmy jak i momenty +18. Jeśli nie chcesz nie czytaj.!!! Nieprzyjemne komentarze na ten temat od razu usuwam.! Proszę też nie zwracać uwagi na błędy w pisowni (ortografia jak i interpunkcja), próbuje by takie nie znajdowały miejsca na mojej stronie. Za wszelki niepoprawności PRZEPRASZAM.!!!

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział 1. „Nachalny Klient”



Rozdział 1. „Nachalny Klient”
   Stałam na środku czegoś w rodzaju polany, jeśli można by było to tak nazwać. Dookoła rozpościerała się szara nicość. W oddali można było zobaczyć jedynie uschnięte z pragnienia drzewa o powywijanych gałęziach. Ziemia była spękana, a jej kolor był jakby odzwierciedleniem wszystkich smutków na tej ziemi.
      Stałam tak na środku tego dziwnego miejsca zastanawiając się co tam robię, czy ktoś tu jeszcze jest. Miliony pytań przelatywały mi przez głowę. Z zamyślenia wyrwał mnie huk, a raczej coś w rodzaju trzasku. Spojrzałam na swoje stopy. Ziemia zaczęła się pod nim zapadać. Nie wiedziałam co robić. Próbowałam uciekać, ale nie mogłam. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wołanie o pomoc.? To też mi nie pomogło. Wydawałam z siebie jedynie niemy krzyk. Zresztą  tak nikogo tu nie ma. Byłam jak drewniany kołek, który nawet nie drgnie.
      Grunt prawie znikł, a ja zaczęłam się zapadać. Wiedziałam, że to koniec. Wiedziałam, że nikt mi nie pomoże, bo niby kto.? Nawet płacz nie chciał wyjść z moich oczu. Nie byłam w stanie na żadną reakcje
      Nagle poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę i wyciąga z przepaści, którą prędzej uważałam za moje miejsce spoczynku. Bose Stopy znów poczuły glebę, a moja ciało znikło w silnych ramionach mojego wybawiciela.
-Już ci nic nie grozi.-do moich uszu dobiegł łagodny i kojący głos.
Wiedziałam, że już jestem bezpieczna, wiedziałam, że ten ktoś mnie pilnuje i ocali w  każdej sytuacji tak jak to przed chwilą zrobił. Jednym zdaniem czułam się tam bezpieczna. Tam…czyli w ramionach mojego bohatera. Tak, sądzę, ze mogę go tak nazwać. Mój bohater…
Jednak przyszedł czas na coś czego każdy z nas boi się podświadomie, ale to ukrywa. Przyszedł czas na realne życie, a ja tak bardzo nie chciałam odrywać się od mojego wybawcy.
Nie mogłam już nic poradzić na wdzierające się do mojego snu strumienie światła, które zapewne pochodzą z okna balkonowego w moim pokoju. Kiedy mój rycerz na białym koniu zupełnie znikł, przetarłam oczy i podniosłam się do pozycji leżącej.
Rozejrzałam się po pokoju. Otwarta szafa, porozrzucane ciuchy, kartki walające się po całym pokoju. Kiedy upewniłam się, że już nie śnie wyszła z łóżka i zabierając ręcznik z krzesła stojącego przy biurku ruszyłam do łazienki. Zdjęłam z siebie piżamkę w baranki, którą obcy ludzie uważają jako rzecz dla siedmiolatki i weszłam do kabiny prysznicowej.
Odkręciłam kurek i poczułam jak pierwsze gorące krople spadają na moje ciało rozluźniając mnie tym samym. Różany żel pod prysznic jeszcze bardziej spotęgował to uczucie.
Kiedy w końcu wyszłam z pod prysznica owinęłam się puszystym białym ręcznikiem i zaczęłam przygotowywać się do pracy. Wysuszyłam i rozczesałam włosy. Postanowiłam spiąć je w luźny kok na boku. Ich długość uniemożliwiała mi częste pozostawienie ich na wolności. Włosy do pasa potrafią być gnębiące i do tego te loki, których nie można opanować, zwłaszcza jeśli się mieszka w Anglii.
Częste deszcze i pozostawiająca wilgoć sprawiały, że wyglądałam jak pudelek. Wyszłam z łazienki i założyłam na siebie czarną koronkową bieliznę, na którą nałożyłam turkusową, luźną koszulkę na ramiączka. Przestawiała ona słodkiego miśka z kompletem kluczy i jakieś napisy, prawdę mówiąc nigdy nie trudziłam się żeby je odczytać. Do koszulki dołożyłam siwe rurki i buty marki converse tego samego kolory co koszulka.
Zbliżała się ósma, więc pędem pobiegłam do mojej pracy. Tak…pracy. Dziwne mam dopiero osiemnaście lat, a muszę pracować. Czemu.? Moja mama niedawno wyszła ponownie za mąż po tym jak tata trzy lata temu się wyprowadził i zamieszkał we Francji. Zyskałam na tym przeprowadzkę z Polski do Anglii, przyrodnią młodszą siostrę w wieku piętnastu lat, gburowatego ojczyma i niezależność.
To on zadecydował, że lepiej będzie jak zacznę swoje własne życie. Łaskawie pozwolił mi pracować w swojej kwiaciarni dzięki czemu miałam środki na utrzymanie.
Otworzyłam budynek zapełniony kwiatami i po zrobieniu sobie ciepłej herbaty z cytryna zasiadła za kasą. Przez pierwsze trzy godziny ruchu nie było prawie wcale. Tylko niektórzy przechodnie wchodzili tu i kupowali po jednym kwiatku. Rozkręcać zaczęło się dopiero około jedenastej. Zawsze był największy ruch właśnie o tej godzinie. Przyszła też moja współpracownica Hellen.
Uwielbiałam tą kobietę po czterdziestce. Można by było powiedzieć, że wręcz emanowało z niej ciepło. Cudownie mi się z nią rozmawiało.
-Lili patrz -szepnęła wskazując na chłopaka w loczkach.
Jak dla mnie jego strój przypominał mi szesnastolatka. Biała, bardzo luźna koszulka na ramiączka, ostro wycięta i z jakimiś nadrukami, czarne rurki, białe znoszone trampki i szara czapka. Wyglądał jakby czegoś szukał, ale do końca nie wiedział czego.
-Idź z nim porozmawiaj, przystojny jest.-namawiała mnie Hellen. Moja kochana swatka. Każdy przystojny chłopak, który tu wejdzie musi od razu być przeanalizowany. Dałam jej kuksańca w bok i poszłam pomóc mężczyźnie.
-Mogę jakoś pomóc.? -spytałam uśmiechając się szeroko
-Właściwie to tak.-zaczął kierując wzrok na mnie-Szukam kwiatów dla mojej mamy. Ma dziś imieniny.
      Szybko pomogłam znaleźć mojemu klientowi odpowiedni bukiet. Chłopak zapłacił i ruszył w stronę wyjścia, a ja ponownie zajęłam miejsce przy Hellenie. Byłam na nią lekko wkurzona to już chyba setny chłopak w tym miesiącu i nie chodzi tu o to, ze umawiała mnie ze wszystkimi chłopakami jak leci, ale o to, że mój szef, a zarazem ojczym nie toleruje randkowania podczas pracy. Nawet zamienienie słowa z klientem nie na temat kwiatów prowadziło do furii/
      Hellen spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem, a ja miałam nadzieje, że już nigdy więcej nie spotkam tego chłopaka. Był przystojny, ale nie umiałabym nawiązać z nim kontaktu. Zawsze byłam zamknięta jeśli chodzi o chłopców
-Ładny, nie.? -spytała
-Tak, ale wiesz co powie David kiedy dowie się, że podrywam klientów.-oznajmiłam bez zapału
-Podrywasz.?! -zdziwiła się- Przecież ty nawet nie próbowałaś go poderwać.
-Oj, wiesz o co chodzi.-odpowiedziałam przewracając oczami.
      Dzień pracy minął powoli. Myślałam, ze już nigdy stąd nie wyjdę. Jednak kiedy tylko minęła moja zmiana pobiegłam do domu. Pierwsze co zrobiłam po wejściu do mieszkania to rozebranie się i wskoczenie do wanny pełnej gorącej wody.
***miesiąc później.
Chłopak, którego poznałam miesiąc temu. Zaczął codziennie przychodzić do kwiaciarni. Nie wiem po co. Codziennie albo kupował kaktusa, albo stał przed kwiaciarnią „oglądając” wystawę. Zerkał w tedy przez okno i pokazywał mi swoje śnieżnobiałe ząbki. Byłabym zdziwiona gdyby dziś nie przyszedł.
Usłyszałam dzwonienie dzwonka zawieszonego przed drzwiami, który oznajmił mi przybycie klienta. Było dopiero pięć po ósmej, więc zdziwiło mnie tak szybkie przybycie jakiegokolwiek klienta. Wyjrzałam znad gazety i ujrzałam dobrze znajome mi loczki. Chłopak od razu ruszył ku jego ulubionym „kwiatkom” czyli kaktusom. Nie wiem dlaczego on je tak lubił.
      -Przepraszam.-usłyszałam jego głos po kilku minutach.-Czy mogłaby mi pani pomóc w wyborze.? -spytał.
            Niechętnie odłożyłam gazetę i ruszyłam w stronę klienta. Byłam jeszcze śpiąca, więc dojście do niego zajęło mi więcej czasu niż zwykle. Od dziś nigdzie nie wychodzę w tygodniu. Mężczyzna pokazał mi rządek śnieżnobiałych perełek na co ja delikatnie się uśmiechnęłam.
-Więc.?- poczułam się niezręcznie kiedy na mnie patrzył. Jakby przeszywał mnie na wylot swoimi zielonymi tęczówkami.
-Zastanawiam się, którego kaktusa mi pani poleci.
-W zasadzie to nie wiem czy pan nie ma już wszystkich rodzai.
Curly uśmiechnął się jeszcze raz i pokręcił głową. Miałam nadzieje, że zrozumiał to, ze codzienne przychodzenie do kwiaciarni i kupowanie kaktusa nie jest zbyt dobrym sposobem na dziewczynę.
-Wiem, to dziwne.-zaczął, a ja w duchu odetchnęłam z ulgą mając nadzieje, ze więcej się tu nie pojawi. Nie to, że go nie lubię, ale nie mam ochoty na randki.-Ale moi przyjaciele uwielbiają kaktusy.
-Muszą być świrnięci-wypaliłam nawet nie myśląc, że właśnie obraziłam jego przyjaciół.
            Zasłoniłam momentalnie usta dłonią, a moje policzki zrobiły się czerwone. Nie było to zbyt obrażające, ale gdyby dowiedział się o tym mój „szef” wpadł by w furię.
-No są, ale super się z nimi dogaduje. Powinnaś ich poznać.-powiedział
Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć dokończył swoją wypowiedź
-To może w jutro o trzynastej. Jest niedziela, więc zapewne masz wolne.

1 komentarz: