Rozdział 2. „Niepoprawna miłość”
Stałam
oszołomiona próbując przeanalizować każde jego słowo. Czy on właśnie zaprosił
mnie do siebie.? Tak, ten chłopak zaprosił mnie do siebie, a ja nawet nie
znałam jego imienia. Chciałam szybko odpowiedzieć, że nie mogę albo coś, ale on
przerwał mi wrzaskiem „to jutro o trzynastej pod „Time for Tea.”.!”
Resztę dnia
spędziłam rozmyślając o tamtym mężczyźnie, jeśli można było go tak nazwać. Miał
najwyżej dwadzieścia lat..? Tylko te loczki i sposób ich układania sprawiał, ze
wydawał się poważniejszy, inaczej dałabym mu szesnaście góra. Głębokie, zielone
oczy, urocze dołeczki, malinowe usta i do tego ten zniewalający uśmiech. W
teorii facet idealny, ale ja nie chciałam się z nikim teraz umawiać.
Miałam dość
problemów. Jest lato, a ja chodzę do pracy, bo musze się jakoś utrzymać nie
wiem co będzie jak pójdę do szkoły. Brak czasu na naukę. Możne znajdę jakąś
fuchę w nocnym klubie podając obrzydliwym facetom piwo. Na razie nie miałam
ochoty o tym myśleć.
Teraz po
ciężkim dniu w pracy wylegiwałam się w łóżku próbując odpłynąć w krainę snów,
ale chyba Morfeusz mnie nie nawiedzi, bo z zaśnięciem miałam problem, a to
poduszka była nie wygodna, albo mnie coś uwierało. Odpłynęłam dopiero po
jedenastej.
***
Otworzyłam
oczy, a moje źrenice podrażniło światło zza okna balkonowego. Spojrzałam na
telefon. Już wiem co było moim powodem pobudki. Diana Joley- moja najlepsza
przyjaciółka dzwoniła do mnie już trzy razy, było już też po dziesiątej, więc
wzięłam szybki kojący prysznic i od razu oddzwoniłam do przyjaciółki.
-Lili.?- usłyszałam jej pogodny
głos.
-Hm.?- zapytałam
-Mam dla ciebie super wiadomość.-
zaczęła - Wypadamy z Steve’m do kawiarni i jesteś zaproszona.!-wrzasneła do
słuchawki
-O której.? –zaciekawiłam się
szukając ciuchów na wyjście.
Zostało
na niebieskiej koszulce z logo supermana i krótkich dżinsowych spodenkach z
poszarpanymi nogawkami, do tego czarne trampki i mogłam wyjść.
-O czternastej.?-spytała, a ja
przypomniałam sobie o spotkaniu z chłopakiem.
-Nie sorki nie pasuje mi.
Wychodzę z..- zawahałam się. Diana była moją najlepszą przyjaciółką i wariowała
by na wieść, że spotykam się z jakimś facetem, ale nie chciałam jej mówić, ze
jest to jakiś nieznajomy.- zzzjeść obiad z mamą, Davidem i tą Jennifer. Sorki.
Diana
rzuciła krótkie „spoko” i rozłączyłam się. Rozczesałam włosy i zostawiłam je
rozpuszczone, chyba pierwszy raz w tym roku. Kiedy stałam przed lustrem
sprawdzając czy aby na pewno wszystko do siebie pasuje, usłyszałam dziwny
dźwięk. Jakby przeszła burza. No tak czas na śniadanie. Czym prędzej chwyciłam
patelnię i wyjęłam składniki z lodówki. Postanowiłam, że dziś zrobię sobie
naleśniki. Szybko przygotowałam masę i rozgrzałam patelnie.
Po
chwili rozkoszowałam się pysznymi naleśnikami, polanymi syropem klonowym.
Kiedyś to była nasza tradycja, moja i mamy, ale cóż było minęło. Włożyłam
talerz do zlewozmywaka i spojrzałam na zegarek. Dwunasta czterdzieści trzy. Do
kafejki „Time for Tea” miałam zasadniczo niedaleko. Znajdowała się na tej samej
ulicy co moje mieszkanie. Wyszłam, więc z mieszkania i ruszyłam w stronę
umówionego miejsca.
Czekał
już na mnie, stojąc oparty o srebrny samochód, który na pewno kosztował
fortunę. Grzebał coś w telefonie.
Podeszłam do niego i przywitałam się z nim. Chłopak otworzył mi drzwi do auta,
a ja lekko się zawahałam.
-Wsiadasz.?- spytał
-Poczekaj, bo ja nawet nie znam
twojego imienia.-zaczełam nieśmiało.
Zawstydziłam
się lekko zgodziłam się na spotkanie z chłopakiem, którego w ogóle nie znam.
Chociaż gdyby na to spojrzeć… był bardzo nachalny, więc to jego wina.
-Harry.-wyciągnął do mnie rękę i
czekał na moją odpowiedź.
-Lili.-podałam mu rękę.
Chłopak
był bardzo pewny siebie. Musnął moją dłoń swoimi delikatnymi wargami i szeroko
się uśmiechnął. Może i miał doświadczenie z dziewczynami, ale mnie to nie
ruszało. Uodporniłam się na takie coś. Było dużo chłopców, którzy próbowali
mnie poderwać, ale żaden z nich nie był w moim typie. Podejrzewam, że z Harry’m
jest tak samo. Oczywiście wygląda wspaniale. Kręcone loczki, zielone oczy,
dołeczki i piękny uśmiech, ale nie myślałam o nim jak o obiekcie moich
wzdychań. Był bardziej jak nastolatek uganiający się za każdą dziewczyną,
którym z resztą był. Ja potrzebowałam mężczyzny, chłopaka, który obroni mnie w
każdej sytuacji, który przytuli mnie kiedy będę smutny, który powie mi „Kocham
Cię” w najmniej spodziewanym momencie, potrzebowałam mojego rycerza na białym
koniu.
Wsiadłam
do jego auta i ruszyliśmy w zachodnią stronę Londyn. Podróż zeszła mi na
milczeniu i na tępym wgapianiu się w okno auta. Zatrzymaliśmy się przed wielką
białą willą, która dookoła porośnięta była tujami nie większymi niż sto
dwadzieścia centymetrów. Do dużych dębowych drzwi prowadziła zawiła dróżka z
granitu, wzdłuż, której posadzone były jakieś krzaczki bliżej mi nie
określonego rodzaju. Chłopak otworzył drzwi i gestem ręki zaprosił mnie do
środka.
Korytarz
był szeroki, ale krótki. Ściany były białe, a na nich widniały obrazy w
kolorach szaro białych. Trzy małe lampki wbudowane były z dość wysoki sufit.
Panele były tego samego koloru co drzwi. Do salonu prowadziły szklane drzwi
przez, które było widać salon, który teraz był… jakby to delikatnie
powiedzieć..?
-Chłopaki, co wy tu
nawyrabialiście.!- wrzasnął Harry.- Jakiś burdel.!- to było dobre określenie.
Na
białym dywanie walały się ziarenka prażonej kukurydzy, poduszki z sofy leżały w
dwóch innych miejscach, na drewnianej podłodze rozlane było co najmniej dwa
litry coli, a wspólne zdjęcia chłopców walały się po całym salonie.
Koledzy
Harry’ego potulnie zebrali się przed nim, a ten zaczął na nich krzyczeć. Też
bym się wkurzyła gdyby ktoś zostawił taki (że tak powiem) syf w moim
mieszkaniu, ale jego krzyki były wyraźnie za głośne.
-Harry, uspokój się trochę-
powiedziałam cicho mając nadzieje, że mnie nie skrzyczy.
Chłopak
zamknął oczy i podrapał się po karku. Widocznie chciał zrobić na mnie dobre
wrażenie, a oni mu pokrzyżowali plany. Curly wypuścił głośno powietrze i
ponownie podniósł powieki. Każdy z jego kolegów miał spuszczoną głowę, więc na
razie widziałam tylko ich głowę. Był jeden blondyn, brunet i dwóch szatynów, z
czego jeden z nich miał znacznie dłuższe i trochę jaśniejsze.
-Louis, prosiłem żebyś ich
pilnował.-powiedział znaczenie bardziej uspokojony.
Jedne
z nich podniósł głowę, no i można powiedzieć, że doznałam szoku. Grzywka,
której motywem przewodnim był nieład, oczy, które przypominały mi może, usta,
które mogłabym całować każdego wieczoru i ten delikatny zarost. Mogłabym
powiedzieć, ze to ten, z którym byłabym szczęśliwa.
Chłopak
powiedział coś, ale nie wiem co, za bardzo zapatrzyłam się w jego oczy. Można
powiedzieć, że bezczelnie się na niego gapiłam. Ja chyba się w nim zakochałam i
to tak od pierwszego wejrzenia, ale tej miłości w ogóle nie powinno być. Nie
miałam czasu, a on i tak by na mnie nie spojrzał, taki ideał na pewno ma już
dziewczynę, która go nie zostawi, bo niby czemu.? Nie było powodu żeby tak się
stało. Choć wiedziałam, ze on nie jest dla mnie, że nie ma na to najmniejszych
szans, w moim sercu nadal istniała iskierka nadziei.
-Dobra, mniejsza z tym-Loczek
przerwał moje rozmyślania łapiąc mnie za nadgarstek –JA wezmę Lili do siebie, a
wy tu ogarnijcie.- zarządził
Ja
tak bardzo nie chciałam iść. Chciałam tu
zostać i nawet im pomóc żeby tylko móc patrzeć na niego. Był jak ukojenie dla
moich oczu, a jego głos tak bardzo przypominał mi ten ze snu. Harry jednak miał
inne plany, był bardzo pewny siebie, więc prawie zaciągnął mnie na górę siłą.
Przeszliśmy cały korytarz, który urządzony był jak ten na dole. Chłopak
wyciągnął z górnej części futryny kluczyk i otworzył drzwi. No tak ja też bym
się bała gdybym mieszkała z takimi lokatorami jak ci na dole. Weszliśmy do jego
pokoju.
Rozejrzałam
się po nim był wspaniale urządzony. Naprzeciw drzwi stało duże łóżko poduszki
jak i kołdra były okryte białą poszewką. Na nich leżał niebieski koc w kratkę. za
wszystkim widniało ogromne lustro i jasna tapeta w jakieś wzorki, na której
zamontowane były lampki z białym kloszem. Przy łóżku stały niskie lecz długie
białe szafki nocne. Pod nimi leżał szary puchaty dywan. Reszta ścian była
jasnoszara. Przy jednej z ścian stał oparty ogromny obraz niebieskiego kota.
Okno na lewej ścianie przystrojone były prostymi białymi zasłonkami.
Harry
usiadł na łóżku i poklepał miejsce obok siebie. Podeszłam do niego i nieśmiało
usiadłam. Pierwszy raz znalazłam się w takiej sytuacji. Siedzę sama, zamknięta
w pokoju z jakimś obcym mi chłopakiem, którego tak naprawdę nie znałam. Chłopak
przysunął się do mnie delikatnie i uroczo się uśmiechnął.
-Podoba ci się.?- spytał po
chwili
-Hm.?- spytałam nie wiedząc o co
mu chodzi.
-Pokój –podpowiedział mi.- Podoba
ci się.?
-Tak.-odpowiedziałam szczerze.
Sama chciałabym mieszkać w takim, a nie w jakiejś małej klitce. –Widać, że
lubisz koty.
-Wiesz, mam jednego i trudno
byłoby gdybym go nie lubił.- oznajmił pokazując bardziej swoje perełki.
Spuściłam
głowę czując jak na moją twarz mimowolnie wpływa rumieniec. Nie wiedziałam
dlaczego, bo nie myślałam o nim jak o obiekcie moich wzdychań. Widocznie
bliskość i cała ta atmosfera, którą wytwarzał działała na mnie dość dziwnie.
Uratował mnie ktoś pukający do drzwi. Spojrzeliśmy momentalnie w tym kierunku.
Zza drzwi wychylił się Louis.
Jeszcze
tego brakowało. Spojrzałam na niego i zalałam się czerwienią. Chłopak chyba to
zauważył. Miałam tylko nadzieje, że nie skojarzy, ze to na jego widok. Spojrzał
na mnie, a później na Harry’ego i szeroko się uśmiechnął.
-Przeszkadzam.?- spytał pewnie
podejrzewając, że coś między nami się działo.
-Może trochę.- roześmiał się
Harry
-Posprzątaliśmy na dolę.
Harry złapał mnie za rękę i
poprowadził na korytarz. Spojrzałam na wysoką brunetkę w kręconych włosach
ubraną bardzo elegancko. Trzymała się z Lou za rękę, więc domyśliłam się co to
znaczy. Momentalnie moje wszystkie motylki, które czułam w brzuchu zdechły
jakby ktoś prysnął w nie muchozolem.
-Eleonor- wyciągnęła do mnie
rękę, a ja ją uścisnęłam
-Lili- przedstawiłam się.
-To może my już pójdziemy do
mnie.- zarządził Louis.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz