Ostrzeżenie.!!!

Na blogu mogą znajdować się wulgaryzmy jak i momenty +18. Jeśli nie chcesz nie czytaj.!!! Nieprzyjemne komentarze na ten temat od razu usuwam.! Proszę też nie zwracać uwagi na błędy w pisowni (ortografia jak i interpunkcja), próbuje by takie nie znajdowały miejsca na mojej stronie. Za wszelki niepoprawności PRZEPRASZAM.!!!

środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział 27 „Miłość to ból”



                        Rozdział 27 „Miłość to ból”
            Ucieszyłam się. Samo to, że chciał tu przyjść wymagało od niego poświęcenia, a kiedy musiał to powiedzieć…z pewnością nie było to łatwe. Splotłam nasze dłonie by choć trochę bardziej był pewny siebie. Pani Joley założyła okulary i wyciągnęła jakiś notes z szufladki w biurku.
-Rozumiem, a jak przejawia się ta agresja.?-
-Ja wpadam w szał i krzywdzę bliskich –spuścił wzrok
Mocniej ścisnęłam jego dłoń i życzliwie się do niego uśmiechnęłam. Chłopak uniósł kącik ust i ponownie uniósł głowę.
-Kiedy pan wpada w taki szał.?
-Przeważnie kiedy jestem zazdrosny lub z kimś się naprawdę mocno pokłócę.
-I kiedy panu mija.?- zadała kolejne pytanie
-Przeważnie kiedy mnie odciągną lub kiedy widzę, że kogoś naprawdę to boli.
            Przypomniałam sobie wczorajszą sytuację. Rzeczywiście Hazz przestał dopiero wtedy kiedy ja już całkiem straciłam nadzieję, że on przestanie. Kobieta zapisała coś z notatniku i padło kolejne pytanie
-Często się to panu zdarza.?
-Tak, ostatnio bardzo często.
Doktor przeprowadziła jeszcze parę pytań…typu „Jak się pan czuje w ostatnich dniach.?”, „Co pana najmocniej irytuje”, a później wyprosiła mnie z sali. Rozumiem musiała z nim przeprowadzić rozmowę w cztery oczy. Na korytarzu czekałam chyba pół godziny. W końcu Hazz wyszedł z jakimś świstkiem w ręce. Poszliśmy na parking.
-O co chodzi z tym papierkiem.?- zapytałam wsiadając do auta.
-Dała mi receptę na jakieś leki uspakajające i musimy kupić zeszyt. –odpowiedział odpalając samochód jednym ruchem nadgarstka.
-Po co ci zeszyt.?
-Mam tam zapisywać kiedy się wkurzy czy coś.
            Wyjechaliśmy z parkingu i pierwszym naszym celem była apteka, a później jakiś sklep gdzie Hazz mógłby kupić zeszyt. Wybrał sobie nawet specjalny długopis, bo jak twierdzi będzie mu się lepiej pisało. W domu byliśmy dość późno. Kiedy weszłam do kuchni zegarek wskazywał czternastą trzy. Zabrałam się więc za przygotowywanie obiadu dla nas. Postanowiłam zrobić Lasagne. Kiedyś robiłam je, ale to jeszcze jak mieszkałam w Polsce. Teraz jakoś nie miałam okazji. Nakryłam do stołu i zawołałam Hazz na kolację. O dziwo cały czas siedział na górze. Nałożyłam mu jak i sobie lasagne na talerz i przyniosłam nam szklanki z  wodą gazowaną.
-Pycha.!- jęknął Hazz
Nie wiedziałam, że aż tak bardzo lubi jęczeć, ale ok. Zmierzwiłam mu włosy i dałam całusa w policzek.
            Po kolacji umyłam naczynia i nastawiłam pranie. Harry koniecznie chciał żebym wyprała mu jego ulubione dresy. Wzięłam na dole szybko prysznic i owinięta ręcznikiem ruszyłam na górę. Musiałam się trochę przepłukać po tym spotkaniu z psychologiem. Czekając na Hazz na tym korytarzu byłam chyba bardziej zdenerwowana niż on w środku.  Chłopak leżał na łóżku w samych spodniach. Trzymał sobie laptopa na klatce piersiowej i zapewne szukał czegoś w Internecie. Położyłam się obok niego chcąc zobaczyć co go tak interesuje.
-Coś się stało.?- zapytał jakby nie był przyzwyczajony do przytulania
-Chciałam cię tylko przytulić. –pogramoliłam się na swoim miejscu wybierając najbardziej dogodną pozycje.
Hazz uśmiechnął się tylko i odłożył laptopa na szafkę nocną i odwrócił się twarzą do mnie. Cmoknęłam go w nos i chciałam wstać z łóżka. Jednak ten złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
-Gdzie uciekasz.? –ukazał mi rząd białych perełek i złączył nasze usta w pocałunku.
-Muszę się brać.- zmierzwiłam mu włosy
Chłopak zdjął ze mnie ręcznik i rzucił go gdzieś w kat. Szczerze, nie miałam teraz na to ochoty. Dziwne, ale po prostu nie miałam. Była dopiero szesnasta. Wieczorem to tak, ale nie teraz. Niech się chłopak trochę pomęczy.
            Przekręciłam go tak, ze to teraz on był pod mną. Pocałowałam go krótko i zeszłam. Wyciągnęłam z szafy bieliznę i szybko ją ubrałam. Hazza wstał i przytulił nie od tyłu. Usta skierował na szyje. On chyba nie rozumiał słowa „nie”.
-Harry, nie teraz. –odsunęłam się ubierając rozciągniętą koszulkę z dużym napisem „LOVE”
-Jak nie teraz…- nie odpuszczał.
Loczek złapał mnie w pasie i rzucił na łóżko. Zdjął ze mnie koszulkę i zaczął całować okolice dekoltu
-Harry, nie chcę…-poderwałam się do pionu, a Hazz zrobił to samo
-Co znaczy „nie chcę”.?!- przerwał mi
-Nie teraz. Mówiłam ci
-Ale ja chcę- oznajmił jakby moje zdanie się dla niego nie liczyło i jego usta ponownie odnalazły moją szyje.
-Harry. Nie rozumiesz.? Nie chcę- chłopak coraz bardziej mnie irytował
-O co ci znowu chodzi.?- wściekł się
-Po prostu jest dopiero szesnasta i w ogóle nie mam na to sił. –wytłumaczyłam mu spokojnie
-A może ktoś cię pukał tam na dole.?!- wrzasnął
Zdziwiłam się „lekko” jego zachowaniem. Znów mu coś odbijało. Odsunęłam się od niego na kilka kroków. Z mojego doświadczenie wkurzony Hazz to nie najlepszy sygnał. Chłopak jednak podszedł do mnie bliżej. Nie rozumiałam go, przecież gdybym cos z kimś robiła to chyba by usłyszał, a w ogóle, przecież mam jego. Po co mi kto inny.?!
-Harry, dobrze wiesz, ze to nie prawda. Uspokój się- próbowałam załagodzić sytuacje.
-Uspokój się.?!- krzyknął –Jak mam być spokojny kiedy ty najpewniej puszczasz się na prawo i lewo.!!!
Przeraziłam się. Najprawdopodobniej zaraz mi się oberwie, a przecież to tylko jakieś bezpodstawne oskarżenia. Ja bym go nigdy nie zdradziła. Kocham go.
-Harry, ale ja tylko z tobą…
-Myślisz, że ja się na to nabiorę.?! –podniósł głos po raz kolejny
-Ale Hazz, przecież to prawda- odpowiedziałam delikatnie się od niego odsuwając.
-Nie uciekaj od mnie, bo jak cię za te kudły złapie to je kurwa stracisz..!
Chłopak złapał mnie za rozpuszczone włosy i pociągnął bliżej siebie. Wpadłam na niego i otrzymałam siarczystego ciosa w policzek. Pod wpływem jego siły upadłam na podłogę. Zamknęłam oczy i poczułam ogromny ból w okolicy brzucha. Curly złapał mnie za koszulkę i uniósł do góry. Szarpnęłam się mocno, a w efekcie uwolniłam od stanowczej ręki Loczka. Pobiegłam do łazienki. Przekręciłam szybko kluczykiem w drzwiach. Chłopak cały czas w nie walił. Krzyczał coś, ale byłam tak przestraszona, że nie zwracałam na to uwagi. Naparłam na drewno z całych sił. Sama nie wiem co miało mi o dać. Harry tak czy inaczej tu nie wejdzie. Hazz po jakimś czasie się uspokoił i zostawił mnie w spokoju. Osunęłam się na podłogę. Nie wiedziałam co w niego wstąpiło. Byłam w takim szoku, ze nawet nie mogłam płakać
Łzy przyszły dopiero po jakimś czasie. Nie potrafiłam ich już powstrzymać, przecież ja nic nie zrobiłam. Dlaczego znów mnie uderzył. Co ja znowu zrobiła źle.?! Nawet nie poczułam kiedy moje policzki znów zrobiły się suche. W całym domu panowała okropna cisza. Jak dla mnie Hazz gdzieś wyszedł lub siedzi na dole, ale gdyby tak było to włączyłby telewizor. Jednak bałam się wyjść. Jeśli on tam jest to oberwie mi się dwa razy mocniej. Musiałam upewnić się, ze go tam nie ma. Z tego co wywnioskowałam minęło kilka godzin. Nawet jakby on tam był to by mu przeszło…chyba. Otworzyłam drzwi od łazienki i chwyciłam z sypialni poduszkę, koc i wyciągnęłam pierzynę z szafy. Wrzuciłam to wszystko do łazienki, a później zeszłam na dół po cos do picia. Na szczęście nie było go tam. Wybrałam dwu litrową butelkę wody i znów wróciłam do łazienki na górze gdzie spędziłam noc.
Obudziłam się najpierw nie kojarząc gdzie jestem. Dopiero później przypomniało mi się wczorajsze zdarzenie. Zrzuciłam z siebie pierzynę i wyszłam z łazienki. Loczka nie było w łóżku. Zeszłam na dół. Curly siedział na sofię. O ile się nie mylę to płakał. Gdy tylko mnie usłyszał wstał z sofy i ruszył do mnie. Bałam się. Zakryłam twarz dłońmi, ale on mnie przytulił. Czyli mu przeszło. Odwzajemniłam gest.
-Przepraszam, ja nie wiem co we mnie wstąpiło…ja już nie będę –rozpłakał się mocniej
Mocniej wtuliłam się w ciało Hazzy. Wierzyłam mu. Przecież obiecał. Wszystko się zmieni…na pewno.
***dwa miesiące później.
Powiem szczerze. Nic się nie zmieniło. Jest jeszcze gorzej niż było dwa miesiące temu. Te wizyty u psychologa nic nie dają. Żadna terapia nie jest mu chyba w stanie pomóc. Coraz częściej chowam się przed nim. Nie wiem co mam robić. Harry przestał odwiedzać chłopców. Oni nie przyjeżdżają do nas. Nic…zero kontaktu. Louis jedynie czasami dzwoni do mnie z pytaniami jak się mam, ale to jeszcze pogarsza sprawę. Hazz cały czas opowiada mi o naszym domniemanym związku. To już robi się chore.
            Robiłam właśnie dla niego kolacje. Nałożyłam mu stertę kanapek na talerz i zaniosłam do salonu. Podałam mu je najostrożniej jak umiałam i usiadłam obok niego, ale na pewien dystans.  Wziął jedną i odstawił talerz na stolik. Znów przeglądał coś w Internecie. Już dawno zauważyłam jego podkrążone oczy, dużo spał. Nawet w dzień zdarzało mu się przespać parę godzin. Chłopak sięgnął po kolejną kanapkę. To dobrze. W ostatnich czasach bardzo mało je. Potrafi chodzić dwa dni bez jakiegokolwiek posiłku. Schudł i to mocno, ale pewnie stresuje się koncertami czy czymś. Ostatnio bardzo dużo pracuje nad swoim wokalem. Coraz częściej chodzi na próby. Co się dziwić. Niedługo ich trasa koncertowa. To pewnie dlatego jest przemęczony i tak dużo śpi. Może jeśli wyjedzie na ten miesiąc to się troszeczkę uspokoi i nie będzie już robić tego co robi.
Oddaliliśmy się od siebie. Śpimy odwróceni do siebie, nie rozmawiamy. Mijamy się po prostu. Niedawno jeszcze próbowałam go przytulać albo coś, ale on mnie odpycha. Nie chce mieć ze mną jakiegokolwiek kontaktu. Brakuje mi tego dawnego Harryego. On znikł i boję się, że nigdy nie wróci. Chłopak dojadł trzecią kanapkę i wyłączył laptopa. Odłożył go na stolik i poszedł do łazienki. Do wyjazdu zostało im zaledwie dzień, bo już jutro, dokładniej o szóstej wyjeżdżają do L.A. Poszłam go spakować. Wolałam nie dostać ochrzanu za to, ze zapomniałam o jego przygotowaniu.
Wyjęłam z szafy walizkę i zaczęłam wkładać do niej poszczególne rzeczy. Koszulki, spodnie, ręczniki…wszystko. Poszłam do łazienki po sztoteczke do zębów, pastę, szampon, żel pod prysznic…ogólnie rzeczy do podstawowej higieny. Ułożyłam mu to wszystko w walizce. Zapomniałam jedynie o jego ulubionej marynarce. Zabił by mnie chyba gdybym jej nie spakowała. Leżała ona na dnie szafy. Chwyciłam ją za róg i wyjęłam. Niestety wszystko z kieszeni się wysypało. Trochę drobniaków, kluczyki od auta, które niby ukradłam, ale Hazz to Hazz jemu nie wytłumaczysz, chusteczki i…torebka foliowa z jakimś białym proszkiem. Przestraszyłam się. Czyżby Harry…nie.! On nie jest ćpunem, ale to by wyjaśniało to wszystko i …STOP… Hazz na pewno nie jest taki głupi. Nie wierzę w to. Może to po prostu jakiś…nie wiem…proszek do prania…wybielacz…oranżada w proszku…wszystko, ale nie narkotyki.
Usłyszałam jego kroki. Schowałam torebeczkę do kieszeni od spodni i zabrałam się za składanie jego marynarki. Chłopak wszedł do pokoju i rzucił się na łóżko i wziął telefon do ręki. Najpewniej żeby ustawić budzik. Dziś nie był tak agresywny, więc pomyślałam, ze z nim porozmawiam. Zamknęłam jego walizkę i usiadłam obok niego.
-Nie możesz już się doczekać kiedy wyjeżdżam, co.? –spytał szturchając mnie w bok.
-Nie tylko chciałam żeby wszystko było gotowe na twój wyjazd. –odpowiedziałam cicho. –Będę za tobą tęsknić, wiesz.?
Hazz nic nie odpowiedział. Odłożył telefon na szafkę nocną i okrył się pierzyną. Brakowało mi jego ciepłego głosu, słodkich pocałunków, delikatnego dotyku…wszystko poszło się jebać, że tak powiem. Chciałabym choć raz go przytulić, ale to jest już chyba niewykonalne.
-Harry…-zaczęłam cicho, chłopak okręcił się tylko w moją stronę i z zniesmaczoną miną czekał na dalszy ciąg mojego zdania. –Czy ty mnie jeszcze kochasz.?
-Głupie pytanie. –burknął i ponownie odwrócił się do mnie plecami.
-Proszę, odpowiedz
-Tak.! Zadowolona.?
Westchnęłam tylko cicho. Wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie przyjemna, ale musiałam kontynuować. On musiał mi powiedzieć co to jest. Przecież to nie mogą być narkotyki. Wykończyło mnie to jego całe zachowanie. Bałam się, ale musiałam dowiedzieć się prawdy. Skatuje mnie, ale jutro wyjeżdża to zdążę coś wymyślić. Wyjęłam torebeczkę z białym proszkiem i rzuciłam mu ją przed twarz.
            Curly chwycił ją w dłoń i momentalnie się poderwał. Widziałam jaki był zły. Jego oczy zaszły mgłą, z resztą już dawno straciły swoją zieleń. Chwycił mnie za nadgarstek i mocno do siebie przyciągnął.
-Skąd to masz.?!- krzyknął
-Co to…
-Kurwa, skąd to masz.?! Znów mam ci pokazać gdzie twoje miejsce.?!
-Co to do cholery jest.?! –pierwszy raz podniosłam głos w jego kierunku
Teraz było mi już wszystko obojętne. Miałam to wszystko gdzieś. Jeśli to są narkotyki to…to będzie koniec. Nie mogę wiązać się z kimś takim. Rozstanę się z nim albo…albo pomogę…nie wiem.  Loczek uniósł rękę szykując się do wymierzenia ciosu. Złapałam za jego nadgarstek i pociągnęłam w dół. Nie wiem skąd we mnie tyle odwagi. Może po prostu bałam się o siebie jak i o niego.
-Nie masz prawa mnie bić.!- wrzasnęłam odpychając go od siebie.
Chłopak ostudził swój zapał i ponownie położył się do łóżka. Szarpnęłam za pierzynę ściągając ja w dół.
-Powiedz mi co to jest.!- wrzasnęłam
-Nie chce mi się z tobą gadać. Muszę rano wstać.
Hazz wyrwał mi kołdrę i ponownie ułożył się do snu.
            Miałam go dość. Teraz już byłam pewna co do tego, ze to narkotyki. On jest nie poważny. Sława uderzyła mu do głowy, przecież w każdej chwili mogli dowiedzieć się o tym fotoreporterzy i wtedy to byłby koniec 1D. Wzięłam jedną z poduszek i koc. Dziś postanowiłam spać na sofię. Choć tak mogłam oddalić się od tego idioty. Wyciągnęłam telefon z kieszeni od piżamy i odłożyłam go na stolik. Nastawiłam sobie budzik na piątą tak by jeszcze zdążyć zrobić Hazzie śniadanie. Poszłam szybko pod prysznic i ubrałam na siebie luźną, miętową koszulkę, zwykłe dżinsy i siwy komin.
            Poszłam do kuchni gdzie przyrządziłam Hazzie  naleśniki z syropem klonowym, tosty, płatki owsiane i herbatę z mlekiem. Nakryłam do stołu i poszłam obudzić Loczka. Wstał, bo kilku szturchnięciach i bez słowa zszedł na dół. On poszedł do kuchni, a ja zostałam w salonie oglądając jakiś film. Dochodziła już szósta. Hazz miał się stawić jeszcze na odprawę. Poszłam po jego walizkę i zniosłam ja na dół. Chłopak właśnie zakładał swój płaszcz.
-Dziękuje. –usłyszałam jego słodką chrypkę
Nie odpowiedziałam. Szczerze, to chciałam żeby jak najszybciej wyszedł z domu i znikł na miesiąc. Miałam już tego wszystkiego dość. Najpierw robi mi awantury, później biję, a na końcu są słodkie przeprosiny, a ja głupia dałam się nabierać. Za każdym razem, ale tego dość. Będę go olewać tak jak on mnie przez ostatnie dwa miesiące. Podałam mu jego telefon i czekałam aż przyjedzie taxi. Zjawiła się ona po jakiś siedmiu minutach.
-Pocałujesz mnie
-Idź już. –otworzyłam mu szerzej drzwi i wskazałam ruchem ręki na samochód.
-Kocham Cię. Będę tęsknił. –próbował mnie przytulić jednak ja odepchnęłam go ręką i podałam rączkę walizki do ręki.
            Odszedł zrezygnowany. Kiedy wsiadł do taxi pomachał mi jeszcze, ale ja zamknęłam drzwi. Nie chciałam go widzieć. Rozkleiłabym się jeszcze i pobiegła do niego. Chciałam być stanowcza. Skrzywdził mnie, jak i siebie. Musiałam położyć temu kres. Zobaczyłam odjeżdżającą taksówkę. Nie mogłam powstrzymać łez. Moja miłość właśnie odjeżdża od mnie na cały miesiąc. Mam być sama w tym pustym domu. Mogłam się z nim pożegnać, przytulić, ale…po prostu nie mogłam. Usiadłam na sofię. Miałam tego dość. To wszystko jest okropne, a znikąd wsparcia. Chłopcy pojechali, rodzice mają własne życie, z mamą Hazzy wolałam się nie kontaktować, a moje przyjaciółki mają ważniejsze sprawy niż moje problemy.
Moje policzki stały się już całe morkę. Jak ja mogłam do tego dopuścić.?! Przecież mogłam temu zapobiec… Hazz nie musiał brać. Tylko gdybym zadziałała, ale ja nie widziałam co się dzieje z moim Harrym. Jak.?! Byłam z nim dwadzieścia cztery na dobę. Kiedy on zdążył to wszystko kupować, chować…brać.?!  Niedawno było tak dobrze. Mieliśmy plany, chcieliśmy wziąć ślub i mieć dzieci. To przez mnie Hazz zaczął brać. Gdybym od razu się na to zgodziła, a on na pewno się tym wszystkim stresował. Pewnie bał się, ze go zostawię. To nie musiało się stać gdyby nie ja. I co teraz będzie.?! Mam pozwolić na to by zaćpał się na śmierć.?! Ja go kocham…nie mogę go stracić…
Poszłam do łazienki. Obmyłam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Co się ze mną stało.? Kiedyś wszystko wydawało się piękne…Teraz na każdym kroku czai się ból. Kiedy Hazz mnie jeszcze nie bił było dobrze. Dało się przeżyć, bo miało się przy sobie takiego faceta jak on…a teraz.? Teraz nie mam po co żyć. No bo niby co mnie trzyma przy tym cholernym świecie… wyzwiska kierowane w moją stronę, ból, samotne noce, chłopak narkoman.?!... szczerze, tylko dlatego się nie zabiłam. Jego da się zmienić. Każdego da. Te sesje z Dr.Joley nie przynosiły skutku dlatego, że to narkotyki były jego problemem, a nie problemy psychiczne. Otworzyłam szufladę i moim oczom rzuciły się błyszczące ostrza. Chwyciłam jedną do ręki. Nigdy nie pomyślałabym nawet, ze mogę to zrobić, ale dzisiaj…jestem cieniem człowieka. To chyba dobry pomysł. Ulży mi.
Przyłożyłam żyletkę do nadgarstka. Poczułam zimno. Zamknęłam oczy. Niby miałam tylko pociągnąć, ale się bałam. Po prostu mam coś do stracenia, dlatego nie mogę tego zrobić. Nabrałam powietrze do ust i pociągnęłam metal. Poczułam ból…ból i ulgę. Zamieniłam ból psychiczny na fizyczny. Ciepła krew rozlała się po ręce. Zrobiłam to jeszcze raz i kolejnym. Na ręce widniał teraz znak „H” . Dla niego…

Twitter

Gdyby ktoś chciał znaleźć mnie na stronce zwanej Twitter to moja nazwa to Cramsfort69.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Z góry przepraszam za urazy emocjonalne.!

Sorki, ale po prostu musiałam pokazać jacy idioci siedzą w necie. Ostatnio znalazłam bloga z imaginami+18...jeśli można to tak nazwać. Dziewczynki twierdzą, ze mają po trzynaście lat...taaak na pewno. Z resztą sami ocenicie ich "talent".!
Idiotki...

Zwiastun...xX

Otóż mam dla was niespodziankę. Chodzi o zwiastun mojego opowiadania. Mam nadziej, ze wam się spodoba. Nie zabardzo jestem obcykana w Movie Maker, ale mam nadzieję, że wyszło całkiem.... przynajmniej da się oglądać... :D

Link.:
ZWIASTUN.!!!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 26 „Problemy przedmałżeńskie”

                Rozdział 26 „Problemy przedmałżeńskie”
            No teraz to przegiął. Jak on mógł nazwać go moim kochasiem.?! Dopiero co się pogodziliśmy, a on już wszczyna kłótnie. Ja tylko mu powiedziałam, ze mogliśmy tego kota nie brać, a teraz wyszła ta cała afera, bo tylko powiedziałam jedno zdanie.
-Kochaś.?! No przepraszam, ale mi się zdawało, że to my jesteśmy razem.
-Widocznie jeszcze tego nie zauważyłaś –burknął podnosząc się z łóżka
-O co ci znowu chodzi.?!
-O co.?! –zdziwił się –Chodzi o to, ze kurwa, masz mokro jak na niego patrzysz. –krzyknął
Wstałam i podeszłam do Hazzy. Próbowałam spleść nasze dłonie jednak on się odsunął i podszedł do okna. Próbowałam to jakoś załagodzić, a on nawet nie pozwolił się dotknąć
-Harry, przecież wiesz, ze to nieprawda. To ciebie kocham. – z każdym słowem ściszałam głos
Chłopak tylko prychnął. Zachowywał się jakby mnie tam nie było. Nie odzywał się, nie reagował, a przecież ja nic nie czułam do Louisa.
-Pewna jesteś.? –spytał obojętnym tonem nawet na mnie nie patrząc –Bo wiesz, jakbyś mnie kochała to byś nie chciała iść z nim do łóżka.
-Ale Hazz, to wszystko to nie tak. Ja po prostu byłam załamana. Zostawiłeś mnie tam i naprawdę nie wiedziałam co zrobić, a później on mi pomógł i…
-I w zamian za to zaoferowałaś mu sex. –przerwał mi
Nie wiedziałam co mu na to odpowiedzieć. Każde moje słowo tylko pogorszyło by sytuację.
Usiadłam na brzegu łóżka i pogłaskałam kociaka. Jak ja miałam mu to wytłumaczyć. Nic nie czułam do Louisa, przecież pomiędzy nami do niczego nie doszło. Hazze kochałam i przecież zgodziłam się na ten cholerny ślub, na dzieci, na nauczanie domowe… poświęcałam się dla niego, a on widział tylko moją „miłość” do Lou. Poczułam ciepłą łzę na moim policzku. Otarłam ją szybko. Nie chciałam żeby widział, że płacze. Oznaczałoby to, że jestem słaba. Jego i tak by o nie ruszało. Był nieugięty. Zimny jak góra lodowa.
-Odpowiesz mi łaskawie czy będziesz ryczeć.?
Nie wydałam z siebie ani jednego dźwięku. Nie wiedziałam co niby mam mu powiedzieć. Cokolwiek powiem jest złe, a on dokańcza to swoją własną historią.
Harry wstał z parapetu i podszedł do mnie. Spuściłam wzrok. Mimo to zauważyłam już jego gniewną minę. Kolejne łzy spłynęły po moim policzku. Nie chciałam ich teraz wycierać i tak już je widział. Złapał za mój podbródek i uniósł głowę tak żebym mogła na niego spojrzeć. Zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć jak się na mnie złości. To był zły ruch. Poczułam mrowienie zmieszane ze szczypaniem na prawym policzku. Bolało jak cholera. Mogłam powiedzieć żeby przestał mnie bić, ale ja po prostu…bałam się go…tak, naprawdę się go bałam. Zadał kolejny cios. Był silny i zdążyłam się już o tym przekonać.
-No kurwa mów.!- krzyknął
-Przepraszam –w tej chwili popłakałam się jak małe dziecko.
Próbowałam go dotknąć. Delikatnie złapałam za jego rękę, on jednak się wyrwał. Chciałam go przytulić, ale on tylko pchnął mnie na łóżko i przygwoździł nadgarstki do materaca. Spojrzałam w jego oczy. Widziałam w nich teraz tylko i wyłącznie gniew. Spodziewałam się kolejnego ciosu.
-Nie bij mnie już.- poprosiłam mniemając wcale nadziei, ze to coś da
            A jednak. Chyba się skruszył albo po prostu mu się znudziło. Rozluźnił uścisk, a ja wyrwałam się szybko i skuliłam na drugim koncie łóżka. Łzy płynęły teraz jak dwie rwące rzeki. Zakryłam się pierzyną po samą szyje i schowałam twarz w dłonie. Harry nadal stał na swoim poprzednim miejscu. Już całkiem straciłam nadzieje, że położymy się dziś przytuleni do siebie.
-Lili…- usłyszałam jego delikatny ton.
Niewiarygodne jak ten chłopak szybko się zmieniał. W jednej chwili gotów był mnie zabić, a w drugiej przytulić i powiedzieć, że nigdy mnie nie zostawi.
***oczami Harryego
            Nie odzywała się do mnie i wcale się nie dziwie, przecież przed chwilą ją uderzyłem…po raz kolejny z resztą. Podszedłem do niej i ukucnąłem. Próbowałem ją dotknąć, powiedzieć coś, przytulić. Nie reagowała. To tak jakby ktoś zrobił pauzę w jej życiu. Poczułem coś ciepłego na policzku. To była łza, ale jak tu nie płakać skoro skrzywdziłem najważniejszą osobę w moim życiu. Odsunąłem jej dłonie by móc spojrzeć na jej twarz. Zacisnęła mocno powieki jakby bała się, że będzie musiała na mnie spojrzeć.
-Lili, przepraszam. –odezwałem się w końcu.
Pogładziłem wewnętrzną stroną dłoni jej policzek. Rozpłakała się mocniej. Usiadłem na łóżku i wziąłem jej drobne ciało na ręce. Posadziłem ją na swoich kolanach. Dopiero teraz zauważyłem czerwony ślad na jej twarzy. Nie wiedziałem, że umiem tak mocno walnąć…to znaczy miałem pojęcie, ze jestem silny, ale nie wiedziałem, że mogę tak mocno uderzyć ją. Myślałem, ze zrobiłem to delikatniej. Przytuliłem ją, a ona nawet nie odwzajemniła gestu.
-Lili, kochanie…przepraszam. Ja już ci tak więcej nie zrobię, obiecuję
Nawet się nie poruszyła. Jakby moja osoba już nic dla niej nie znaczyła. Jak ja mogłem ją tak potraktować.?! Przecież ją kochałem. Chciałem z nią być na zawsze…mieć z nią dzieci, a teraz…mogłem to wszystko zepsuć…jak już tego nie zrobiłem.
-Nasze dziecko też będziesz bił.?- przerwała ciszę obojętnym tonem.
-Nie –zaprzeczyłem szybko -Lili, ja już ci tak więcej nie zrobię. Obiecuję.
Potok łez się nie zatrzymywał. Po jej słowach przybyło ich więcej. Jak ona mogła pomyśleć, że będę bił naszą małą Darcy.?! To się więcej nie powtórzy. Nie byłbym w stanie podnieść ręki na nasze dziecko…chyba…po tym co zrobiłem nie jestem pewny.
-Nie obchodzi mnie to, że obiecujesz –wyrwała się z mojego uścisku i stanęłam naprzeciw mnie –Ty musisz się leczyć.! –wrzasnęła jakby w ogóle nie obchodziło jej to co w tej chwili czuję.
-Skarbie, o czym ty mówisz, przecież ja się zmienię –stanąłem naprzeciwko niej i ująłem jej twarzyczkę w dłonie.
-Bez specjalisty ty się nigdy nie zmienisz- odepchnęła mnie.
Gorzkie łzy zaszkliły się w jej oczach. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Ona chyba miała mnie za osobę chorą psychicznie. A przecież ja taki nie byłem. To był błąd, którego już nigdy nie popełnię. Mogłem jej to przysiąść. Tylko czy ona mi uwierzy.?
-Ale kochanie…-ponownie się do niej przysunąłem –Ja już ci tak nigdy…
-Nie wierzę ci- odpowiedziała beznamiętnym tonem –Idziesz jutro do jakiegoś psychologa albo to koniec.
Zamarłem. Ona chciała przekreślić naszą miłość. Przecież my mieliśmy już plany na przyszłość. Mieliśmy wziąć ślub, mieć dzieci…wszystko miało się tak świetnie ułożyć. Ona nie mogła tego skończyć. Nie teraz.
-Lili…
-Idziesz.?- zapytała stawiając krok do tyłu.
Skinąłem głową na znak zgody. Musiałem zrobić wszystko żeby nasze życie się ułożyło. Żeby nie odchodziła. Bez jej zgody wtuliłem ją w swój tors. Teraz ona także mnie przytuliła. Otarłem już całkiem mokre policzki i jeszcze mocniej ją do siebie przytuliłem. Nie chciałem żeby odchodziła. Była dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Nie mogłem jej stracić.
Wziąłem ją na ręce i położyłem do łóżka. Ułożyłem się tuż obok niej i okryłem nas pierzyną. Mocno ją przytuliłem, a ona położyła mi głowę na tors. Zacząłem bawić się jej blond kosmykami.
-Pójdziesz tam jutro ze mną.? Nie chcę iść sam –oznajmiłem cały czas patrząc się w sufit.
-Pójdę.
***oczami Lili
Obudziłam się dość wcześnie. Hazzy już nie było przy mnie, więc szybko poszłam wziąć prysznic. Zajęło mi to raptem kilka minut…nie wiem może jakieś dziesięć. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Czerwony ślad nie był już tak bardzo widoczny. Przypudrowałam go tylko i całkiem zniknął. Nie chciałam żeby chłopcy wiedzieli co się stało. Choć i tak pewnie wszystko słyszeli. Ubrałam się w koszulę w kratę i krótkie Dżinsowy po czym zbiegłam na dół. Chłopcy najwyraźniej grzebali coś przy aucie Liama. Nie chciałam im przeszkadzać, więc nawet nie zaglądałam do garażu. Poszłam na taras i tak jak wczoraj usiadłam na metalowej poręczy. Odchyliłam głowę do tyłu i rozkoszowałam się jesiennym powiewem. Usłyszałam otwierające się drzwi. Spojrzałam w ich kierunku.
No pięknie Louis. Jeszcze go tu brakowało. Widziałam jego delikatny uśmiech. Zapewne cieszył się naszą wczorajszą kłótnią. Próbowałam nie zwracać na niego uwagi i ponownie cieszyłam się z wiatru.
-Dlaczego ty z nim jeszcze jesteś.?- usłyszałam pytanie
-Nie rozumiem…skoro z nim jestem to chyba go kocham –odpowiedziałam szybko nawet na niego nie spoglądając.
Louis złapał mnie za nogę i pociągnął w dół, tak, ze teraz stałam z nim twarzą w twarz.
-Ty chyba nie wiesz, że wplątałaś się w toksyczny związek.
-Możesz mnie w końcu zostawić w spokoju. Kocham Harryego, a on kocha mnie i sorki, ale nie powinno cię to obchodzić. –zaakcentowałam ostatnie słowa
Chciałam już odchodzić. Jednak on złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Louis naparła na mnie całym ciałem i cofnęłam się o kilka kroków. Moje ciało dotykało teraz zimnej barierki.
-Jakby cię kochał to by cię nie bił. –stwierdził i na jego twarz wkradł się zwycięski uśmiech
-Nie bije mnie- skłamałam
            Pasiasty nie dał się nabrać. Przejechał palcem po barierce, która pokryta była poranną rosą i przyłożył mi go do policzka. Po jednym ruchu jego kciuka puder zmył się i odsłonił czerwony ślad. Oparł się o barierkę i wyczekiwał na moją odpowiedź
-On powiedział, ze się zmieni.-spuściłam wzrok
-Wierzysz w to.? –roześmiał się jakby to był jakiś żart
Wierzyłam Hazzie . Jeśli obiecał to chyba obietnicy dotrzyma. Z resztą dziś miałam z nim iść do tego psychologa. Będzie dobrze. Najgorsze jest to, że chłopcy o tym wiedzą…poprawka… najgorsze jest to, ze Louis wie. On nie odpuści ani mi, ani Hazzie. Chciałam wejść z powrotem do salonu jednak on ponownie zagrodził mi przejście.
-Gdybym to ja był na jego miejscu to bym cię nie bił. Nie zasługujesz na to.
-Gdybym jej czegoś nie obiecał to już byś nie żył. –usłyszałam głos dobiegający z domu.
Louis odskoczył od mnie i dopiero teraz zauważyłam Harryego, który oparty jest o próg wejścia. Chłopak podszedł do mnie i ucałował w poraniony policzek.
-Następnym razem dyskretniej wygłaszaj swoje opinie co do mnie.
Curly splótł nasze dłonie i zadowolony, że Louis teraz nawet się nie rusza wprowadził mnie do domu. Ruszyliśmy do kuchni. Tam było już przygotowane śniadanie. Zjedliśmy je w pośpiechu i szybko ruszyliśmy do auta. Nawet nie zdążyliśmy pożegnać się z chłopcami. Ja i tak wolałabym uniknąć spotkania z nimi. Dojechanie do domu zajęło nam ledwie pięć minut. Chłopak szybko otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Hazz postawił moją walizkę dość sporych rozmiarów przy sofię. Sama bym ją wzięła, ale była dość ciężka.
-No ubieraj się, tylko szybko.
-Chcę jeszcze pospać. –rzuciłam się na sofę i zamknęłam oczy.
Byłam naprawdę zmęczona. O ile się nie mylę zegarek wskazywał około ósmej. Powieki same mi się zamykały. To moja wina, ze zachciało im się horrorów i późno położyliśmy się spać.?
            Loczek chyba miał inne plany co do mojej osoby. Poczułam ostre pazurki na swojej głowie i później plecach. Dusty zeskoczyła ze mnie i ułożyła się przy mojej ręce. Krótko się zaśmiałam chcąc sprowokować Hazze.
-Myślałem, ze będę mieć sprzymierzeńca, a ona najwyraźniej mnie nie lubi –pogładził mnie po plecach.
-Nie martw się. –odwróciłam do niego twarz –To nie chodzi o to, ze ona cię nie lubi, po prostu najwyraźniej mnie kocha bardziej. –wytłumaczyłam mu uśmiechając się z odniesionego zwycięstwa
-Dobra, dobra…zobaczymy jak ją nakarmię, a teraz biegnij na górę się ubierać. –ponaglił mnie
-Muszę.?- jęknęłam jak małe dziecko
-Obiecałaś pójść ze mną, a wizytę mam na ósmą. Zostało ci jedenaście minut. Spiesz się.!
            No dobra. Wierzyłam mu, ze pójdzie do tego psychologa, ale nie wiedziałam, że od razu na drugi dzień. Zależało mi  na tym i to bardzo, bo bądź co bądź chodzi też tu o moje życie. Przecież każdy dobry psycholog w Londynie terminy ma zapisane na pewno na jakieś dwa lata…nie wiem nigdy się nie leczyłam, ale czekanie na wizytę na pewno trochę by zajęło.
-Jak ty żeś to zrobił tak szybko.?- zdziwiłam się
-Kochanie chyba zapomniałaś, ze jestem Harry Styles.! –radośnie pokazał mi rządek białych ząbków.
Wzięłam z walizki coś do ubrania i ruszyłam na górę. Po drodze otrzymałam od Hazzy klapsa w tyłek. Nie znam się na facetach, ale to chyba poprawia im humor.
            Włożyłam na siebie białą sukienkę w granatowe groszki i baletki tego samego koloru. Włosy uczesałam w kłosa, którego przełożyłam na prawy bok. Nałożyłam jeszcze puder na policzek i zeszłam na dół.  Hazz już czekał ubrany w czarne rurki, białą bluzkę i czarną granatową marynarkę. Splotłam nasze dłonie i ruszyliśmy do auta. Droga na miejsce była krótka, zajęła nam jedyne dziesięć minut. Dobrze, ze psycholog jest blisko mogliśmy do niej jeździć w razie jakiegoś…wypadku.
            Weszliśmy do dość dużego budynku i skierowaliśmy się do recepcji. Pani siedząca za ladą pokierowała nas do drzwi z napisem Dr.Joley zapukaliśmy do białych drzwi i po chwili usłyszeliśmy przyjazne „Proszę”. Hazz złapał za klamkę jednak się zawahał. Wiedziałam, ze się stresuje. Widać to było już a aucie. Cmoknęłam go w policzek i życzliwie się uśmiechnęłam. Weszliśmy do środka i skierowaliśmy się do kobiety w średnim wieku, która siedziała za biurkiem. Podaliśmy sobie dłonie i usiedliśmy na wskazanych miejscach.
-Więc co was do mnie sprowadza.?- zapytała odkładając jakieś papiery z biurka do szafki obok.

-Chodzi o to…-zaczął niepewnie -Bo ja mam problemy z agresją 

niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 25 „Kolejna kłótnia”

Rozdział 25 „Kolejna kłótnia”
Zdążyłam zobaczyć tylko jak ta wiadomość wstrząsnęła pasiastym, później znikł mi z oczu. Harry za ostro go potraktował, przecież mi pomógł powinien mu podziękować albo w ogóle się nie odzywać jak miał mówić takie coś.
-Harry, nie powinieneś tak mu dopieprzać, bądź co bądź gdyby nie on prawdopodobnie teraz by mnie tu nie było.
-Nie przesadzaj, gdybyś słyszała początek rozmowy to byś tak teraz nie mówiła.- oznajmił mi na co ja odwróciłam wzrok
-To powiedz mi o co poszło. –próbowałam nakłonić go żeby wykrztusił z siebie chociaż kilka słów
-Lili, dopiero co się pogodziliśmy.- zauważył – Nie będę cię tym zamartwiał, z resztą już jesteśmy. –uświadomił mi zajeżdżając pod sklep pod nazwą „Happy Poodle”
-No zgoda. –uspokoiłam się
            Chłopak zgasił auto i wysiadł. Zrobiłam to samo. Splotłam nasze dłonie i cmoknęłam go w policzek na to ten tylko wesoło zachichotał. Weszliśmy do sklepu i już od progu powitało nas radosne szczekanie jak i miauczenie. Hazza od razu pobiegł do klatek z kotami. Zachwycał się nimi jak małe dziecko, które przychodzi tu tylko po to żeby pooglądać zwierzątka.
-Ten jest cudowny. –westchnął po raz kolejny.
Przyznałam mu rację. Kociak był naprawdę słodki. Jak mniemam rasy Ragdoll. Curly ucieszył się kiedy mały kot podszedł do niego i zamiauczał. Pisnął jak mała dziewczynka na widok nowej lalki.
-Chcę go.!- zażądał
-Tak, a kto go będzie czesał. Widziałeś jaką ma sierść.- roześmiałam się na widok jego zachowania
-Ja, a jak pojadę w trasę to będziesz miała zajęcie.
Przewróciłam oczami, a później Loczek zaciągnął mnie do kasy. Sprzedawczyni pomogła nam wyciągnąć kotka i dała go Hazzie na ręce. Była to kotka, także wiem, ze z naszym szczęściem to niedługo liczba kotów w naszym domu drastycznie się powiększy, ale przecież to dla Hazzy nie jest problem.
            Zapłaciliśmy za kotkę i już mieliśmy wracać kiedy Harry uświadomił sobie, ze jeszcze ma coś w portfelu i koniecznie musi to wydać. Tak, więc ostatecznie wyszliśmy ze sklepu obładowani kocimi zabaweczkami…sztuczne myszki, drapaczki, łóżeczka, szczotki, szampony… normalnie wszystko.! Wróciliśmy do domu i zaczęliśmy przygotowywać pokoik dla kota, bo jak twierdzi Hazz to jest mu niezwykle potrzebne. Ustawiliśmy wszystko tak jak sobie życzył to pan kociarz i położyliśmy kota do łóżeczka
-Tak się teraz zastanawiam i myślę, ze on mógłby spać z nami.
-To po co kupowałeś mu łóżeczko.? –zdziwiłam się
-A jak nie będzie chciał.?! –wzruszył ramionami i dodał do tego wszystkiego nieporadną minę
Po chwili jednak smutek zszedł mu z ust i tarzał się po podłodze z kotem. Rzucał mu różne zabawki, a kotek biegał za nimi i skakał jak podczas polowania. Uśmiałam się przy tym jak nigdy, bo Hazza wyczyniał takie rzeczy, że szkoda gadać. Ukucnęłam obok nich i pogładziłam Hazze bo brzuchu.
-To co by chciał na obiad mój mały kotek.?- spytałam z szerokim uśmiechem na twarzy
-Może taco, do tego sok jabłkowy i…- przerwał udając, że się zastanawia
-I co.?- pośpieszyłam go
-Ciebie.!- wrzasną rzucając się na mnie
Próbowałam uciec jednak to nic nie dało. Chłopak złapał mnie za nogi i upadłam z hukiem na podłogę. Kociak schował się za jedną ze swoich zabawek i dokładnie obserwował, co się dzieję. Kiedy już upewnił się, że nic mu nie będzie pomógł Hazzie torturować mnie.
-To jak będzie.? Poddasz się nam bez gadania czy będę cię musiał zmusić.?
-Myślisz, ze jak jesteś większy to wszystko ci wolno.?! Otóż się mylisz, bo ja się nigdy nie poddam.!- wrzasnęłam
            Harry szeroko się uśmiechnął i wyprowadził kotka na zewnątrz pozwalając mi na to abym wstała. Moja wolność nie trwała jednak długo. Chłopak nakluczył drzwi i schował klucz do kieszeni. Przyparł mnie do ściany i ugryzł w ramię.
-Idioto, nie gryź- syknęłam z bólu
-Jesteś teraz moja mogę rozbić, co mi się podoba. –rzekł wbijając się w moje usta
-I co teraz.? –zapytałam z udawaną grozą w głosie
-Zgwałcę cię.
Chłopak przekierował swoje pocałunki na moją szyję, a ja odchyliłam głowę żeby miał lepszy dostęp. Wiedział, ze to mój słaby punkt. Poczułam jak jego ręce przedostają się na moje plecy by później rozpiąć moją sukienkę, która zsunęła mi się do kostek. Jego dłonie szybko znalazły się na moich piersiach. Wargi muskały delikatnie okolice dekoltu. Kiedy w końcu materiał zaczął mu przeszkadzać rozerwał zapięcie i odrzucił mój biustonosz gdzieś w kont pokoiku.
Jego gorące usta zajęły się teraz moimi piersiami. Ssał i przygryzał sutki sprawiając mi tym ogromną przyjemność. Jego ręce zaczęły zabawę z moimi majtkami. Początkowo tylko delikatnie je szarpał. Usłyszałam darcie materiału i one także pofrunęły w nieznanym mi kierunku. Uznałam, ze to niesprawiedliwe, że ja jestem naga, a on ma na sobie pełen komplet ubrań. Chwyciłam brzeg jego koszulki i wymuszając na chłopaku by się od mnie odsunął zdjęłam mu ją przez głowę. Ponownie nasze usta odnalazły się i utkwiły w pocałunku. Odpięłam jego rozporek i zdjęłam mu spodnie do kolan dalej poradził sobie sam. W jego bokserkach tworzyło się już duże wybrzuszenie . Uklękłam przed nim i tak jak on rozerwałam jego bieliznę. Jego kolega stał już na baczność. Ujęłam go w dłoń i chwilę droczyłam się z Harrym całując tylko jego główkę.  Później wzięłam go całego do ust i zaczęłam wykonywać powolne ruchy głową. Harryemu najwyraźniej się podobało, bo jego sapanie wypełniały teraz małe pomieszczenie. Przyśpieszyłam. Chłopak wplótł swoją rękę w moje włosy i teraz sam nadawał mi rytm. Poczułam jak jego ciepła sperma rozlewa mi się do ust. Połknęłam wszystko ze smakiem i oblizałam usta. Hazza wziął mnie na ręce. Oplotłam moje nogi wokół jego bioder, a dłonie położyłam mu na karku.
Westchnęłam, kiedy poczułam go tak blisko siebie. Harry wszedł we mnie gwałtownie, a ja głośno pisnęłam. Jego ruchy były powolne jakby chciał doprowadzić mnie do szału, co mu się z resztą udawało. Chciałam więcej. Byłam gotowa rzucić go na podłogę i zgwałcić.
-Harry…szybciej- z trudem wysapałam te słowa
Chłopak uśmiechnął się szeroko i  znacznie przyśpieszył. Robił to jak wariat. Nie wiedziałam, że człowiek może poruszać się tak szybko. A jednak. Rozgrzane ciało dotykało zimnej ściany co powodowało słodki dreszcz. Czułam, że szczyt jest blisko. Krzyczałam. Nie mogłam się powstrzymać. To samo ze mnie wychodziło. Nie mogłam powstrzymać jęków. Zapewne słyszeli je już wszyscy nasi sąsiedzi, ale mnie to teraz nie obchodziło. Niech wiedzą, ze obok nich mieszka taki bóg sexu jak Hazza. Moje ciało przeszedł skurcz, przyjemny… wygięłam się w łuk. To było coś cudownego. Hazza wykonał jeszcze kilka mocniejszych ruchów i doszedł z głośnym jękiem, zostawiając we mnie część siebie. Harry odstawił mnie na podłogę. Położyłam się na zimnych panelach by unormować oddech. Chłopak zrobił to samo. Objął mnie ramieniem, a ja położyłam mu głowę na torsie.
-Od dziś tak cię będę męczył, że nawet nie pomyślisz o nocy z Lou.- wysapał
Zaskoczyło mnie to. Wiedziałam, że Louis mu już powiedział, ale nie spodziewałam się, że tak to przyjmie. Był spokojny. Widocznie usatysfakcjonowała go praca jaką wykonał zaledwie minutę temu.
-Po tobie już nie będę miała siły żeby myśleć o czymś innym. –uśmiechnęłam się i mocniej wtuliłam w rozgrzane ciało chłopaka.
-Szkoda, bo miałem ochotę na powtórkę.
-Jakoś przeżyje –oznajmiłam wbijając się w jego usta
Jasne byłam zmęczona i to jeszcze, jak, ale Harryemu się nie odmawia. Po za tym chciałam przeżyć takie uczucie jeszcze raz.  Usiadłam na nim okrakiem i zaczęłam całować po szyi. Hazz położył mi dłonie na pośladkach i… i nagle zadzwonił telefon. Myślałam, że się zabiję.
-No kurwa.!- wrzasnęłam odrywając się od niego
-Będziemy mieli jeszcze wiele okazji na to. Nie denerwuj się- cmoknął mnie w usta i odebrał telefon.
-Tak.?
Chłopak rozmawiał z kimś chwilę. Niestety nie jestem w stanie powiedzieć z kim, a ni o czym, ale widziałam, że jest dość wesoły.
-Słuchaj, nie bardzo, bo wiesz Louis
Zastanawiałam się coraz bardziej. Najpewniej był to któryś z chłopców. Harry pośmiał się jeszcze trochę i wymienił z tym kimś głupimi odzywkami. Po usłyszeniu tekstu Hazzy „Idź lepiej dokończ kanapkę, bo nie wytrzymasz.” Byłam pewna, że to Niall. Hazz rozłączył się i zaczął bawić się moim kosmykiem.
-Mamy zaproszenie do chłopców na film. –oświadczył mi –Co ty na to.?
-Możemy iść. Od razu wezmę swoje rzeczy...jeśli oczywiście mogę je tu wziąć
-Nie wydaję mi się żeby to był dobry pomysł –zaczął a ja przestraszyłam się. Przecież wszystko było już dobrze nawet uprawialiśmy sex jakie pięć minut temu, a teraz to jest zły pomysł.
-Ale jak to.?- łzy napłynęły mi do oczu
-Bo wiesz wolę cię nagą. Jeśli będę miał na ciebie ochotę to po prostu się na ciebie rzucę i po kłopocie –uśmiechnął się
Myślałam, ze go zabije. Może dla niego było to zabawne, ale dla mnie nie za bardzo. Ja już myślałam, ze to koniec, ze wszystko poszło się pieprzyć, a on mi wyjeżdża z takim zboczonym tekstem. Brawo, on jest po prostu genialny.
-Zamorduję cię.
            Hazz tylko się uśmiechnął i pocałował mnie na co się trochę uspokoiłam. Podnieśliśmy się z podłogi i zaczęliśmy się przygotowywać. Wzięliśmy prysznic…oczywiście razem, bo jak to powiedział Harry zaoszczędzimy wody i będziemy eko… Założyłam na siebie turkusową koszulkę i krótkie spodenki znalezione w szafie Hazzy. Mieliśmy już wychodzić. Harry złapał małego kotka i podął mi go do rąk.
-Po co ci on.?
-Dusty chciałaby poznać wujków. Prawda skarbie- oznajmił mi słodkim tonem i podrapał kociaka pod pyszczkiem na co ten wesoło zamruczał.
            Do chłopców dojechaliśmy w jakieś pięć minut. Bardzo się zdziwili na widok kota. Najbardziej chyba Louis, który dziś rano był jeszcze pewien, że ja i Harry to zakończona historia. Rozsiedliśmy się na sofię. Liam przyniósł jakieś przekąski…chipsy, cola, ciastka coś tam jeszcze…Niall oczywiście rzucił się na nie jako pierwszy. Hazz objął mnie ramieniem i położył kociaka na moich kolanach. Kotek zasnął po chwili, a my oglądaliśmy jakiś horror. Jeśli się nie mylę była to Piła5, ale do końca nie wiem. Powiem szczerze, bałam się jak nigdy. Przy każdej strasznej scenie mocniej wtulałam się w Hazze.
-Co ty byś bez mnie zrobiła- szepnął mi na ucho gdy po raz kolejny wcisnęłam się w jego tors.
-Zapewne umarłabym ze strachu. –uśmiechnęłam się cmokając go w podzięce za jego…męskość… w policzek.
Louis pokręcił ze znudzeniem oczami i nalał sobie coli do szklanki. Próbowałam nie zwracać na to uwagi jednak z każdą minutą robił się coraz gorszy. Na każdy gest, ruch, obojętnie co skierowane do Hazzy prychał jak koń lub śmiał się cicho. Miałam dość. Wstałam z sofy i ruszyłam na taras.
-Lili, gdzie idziesz.?- spytał zaskoczony Hazz
-Na taras, musze się przewietrzyć –uśmiechnęłam się sztucznie
-Pójdę z tobą, zapalę przy okazji. –oświadczył Zayn i ruszył za mną
No brawo.! Tego brakowało. Chciałam to wszystko przemyśleć, ochłonąć, a Zayn idzie za mną. Może to lepiej. Inaczej bym się tam popłakała, a tak będę wiedziała, że nie mogę.
            Zayn otworzył drzwi na taras, na którym panował już lekki wrześniowy chłód, a zaledwie kilka dni temu było tak gorąco. Westchnęłam i usiadłam na poręczy. Obok mnie ustawił się Zayn, opierając łokcie o zimny metal. Mulat wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Wyjął jednego i wyciągnął resztę w moją stronę.
-Zapalisz.?
-Nie, dzięki –zrezygnowałam szybko
Nie lubiłam palić. Zapaliłam raz i więcej tego błędu nie popełnię. Prawdopodobnie za mocno się zaciągnęłam, bo dym zaczął mnie dusić, a ja kaszleć. Pamiętam, była wtedy ze mną Diana Smith, moja najlepsza przyjaciółka. Teraz nie widziałam jej już dobry rok, ale cóż poradzić, ja mieszkam w Londynie, a ona w Polsce. Spojrzałam na moje stopy, ubrane jedynie w skarpetki w kropki pożyczone od Hazzy i od razu zrobiło mi się zimno, ale tego chciałam…chłód jakby relaksował mnie.
-Jak wy to zrobiliście.?- Zayn przerwał panującą pomiędzy nami ciszę
-Co.?- zdziwiłam się jego nagłym pytaniem.
-No tak szybko się pogodziliście –wskazał ruchem ręki na Stylesa siedzącego na sofie
-Nie wiem, ale było trudno.
-No jeśli do akcji wkracza mama Hazzy to się nie dziwię- roześmiał się na tyle głośno byśmy tylko my to słyszeli
-O co chodzi.?
-Nie zauważyłaś jeszcze.? Wtrąca się we wszystko co ma związek z Harrym, narzeka na wszystko co zrobisz, mówi mu jakieś niestworzone rzeczy…ogólnie jest dziwna. Kiedy pierwszy raz jechaliśmy w trasę ta nie chciała się zgodzić, bo „Harry sobie nie poradzi”. Louis powiedział nam jak Harry na ciebie nawrzeszczał, że go wykorzystujesz. Osobiście sądzę, że to jego mama mu nagadała, bo spójrz prędzej kupił by ci gwiazdę z nieba choć ty byś zaprzeczała, że nie chcesz. Musiała go nakręcić. Wiesz zła była, że nie chciałaś ślubu. Ona przeraźliwie boi się, że Hazz zostanie na końcu sam. –przedstawił mi swój pogląd
            Rzeczywiście, wszystko było tak jak powiedział Zayn. Jego mama była upierdliwa, ale tylko dlatego, ze troszczyła się o Harryego, bo kto by nie uważał na takiego skarba jak on. Zdecydowałam, ze przeprowadza z nią o tym wszystkim poważną rozmowę.  Wytłumaczę jej spokojnie, że nie chcę zranić Hazzy, a już bardziej nie zależy mi na jego pieniądzach, bo spójrzmy prawdzie w oczy to wszystko może przeminąć, a ja zostałabym z kimś kogo nie kocham. Harry jest dla mnie naprawdę ważny i zamierzam sprawić, że jego mama się o tym przekona. Usłyszeliśmy pukanie do szyby. Przestraszyłam się trochę, bo był to Hazz i mógł słyszeć naszą rozmowę. Curly otworzył szklane drzwi i wszedł na taras.
-Chłopcy się pytają czy zostajemy na noc.
-Ja chętnie- odpowiedziałam zeskakując z barierki.
Wtuliłam się w niego i od razu poczułam bijące od jego ciała ciepło.
-Będziemy musieli jechać rano po coś do jedzenia dla kota. –uprzedził mnie z poważną miną
-A może po prostu dacie jej coś z zapasów Nialla.? –zaproponował Zayn
            Przystaliśmy na tą propozycje. Razem z Hazz zamiast oglądać film od razu poszliśmy pod prysznic. Wyjęłam coś do spania z mojej walizki, a Harry jak zwykle chodziło nago. Mieliśmy zejść już na dół, ale oczywiście dopiero teraz przypomniało mi się, ze muszę naładować telefon. Podłączyłam go pod ładowarkę. Harry w międzyczasie ubrał dresy pożyczone od Zayna. Schodziliśmy akurat na dół kiedy usłyszeliśmy okropny dźwięk. To był nasz kotek. Rozpaczliwie miauczał, ale jakoś tak dziwnie. Nie mogę tego określić. Hazz jako „dobry tatuś” zbiegł na dół i rzucił się na ratunek kotu. Ruszyłam pędem za nim. Nasz kociak był teraz trzymany za kark przez Louisa. Zapewne coś zbroił.
-Co ty idioto robisz.?!- krzyknął Hazz
Chłopak wziął kociaka z rąk Louisa. Biedak był bardzo przestraszony. Harry dał mi go do rąk. Chciał pewnie rozprawić się z Lou
-Było trzeba pilnować tego swojego szczura. –odpowiedział pewny siebie
Tego było dla Hazzy za dużo. Panowała między nimi napięta atmosfera i teraz sprzeczali się o byle co. Byli nawet gotowi się zabić. Chłopak zadał Lou jeden mocny cios. Pasiasty pod wpływem mocnego uderzenia upadł na podłogę, jednak szybko się podniósł i otarł krew, która pojawiła się na jego wardze. Harry natomiast otrzymał cios w brzuch. Pomimo bólu nie poddawał się i ponownie zaatakował Lou. Nie chciałam na to patrzeć. Na szczęście Liam rozdzielił ich i pokierował w przeciwne strony salonu. Chłopcy pomimo krótkiej walki byli cali poranieni. Hazza miał rozciętą górną wargę, podbite oko i siny ślad na policzku, Louis natomiast miał rozciętą dolną wargę, rozcięty łuk brwiowy i jak mniemam coś z ręką, bo syczał z bólu za każdym razem gdy któryś z chłopców próbował go w nią dotknąć.
            Zaprowadziłam Hazze do góry. Jak najdalej od Louisa. Nakluczyłam drzwi od mojego dawnego pokoju i usiadłam obok niego na łóżku. Kociak zeskoczył mi z rąk i ułożył się przy szyi Loczka. Położyłam się obok nich i pogładziłam Harryego po ręce.
-Musieliście znowu się pobić.? Przecież mieliśmy oglądać tylko film.
-Nie moja wina, że ten idiota mi kota zaatakował. –warknął
-Mówiłam żebyśmy go nie brali

-Tak, tak…bo ty zawsze masz racje.!- wrzasnął –Jakbyś nie zauważyła to była wina tego twojego kochasia.! 

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział 24 „Ultimatum”

Rozdział 24 „Ultimatum”
Louis oniemiał. Dostał jakby paraliżu. Wiedziałam, że to był dla niego szok. Wzdychał do mnie tyle czasu, a ja teraz proszę go żeby poszedł ze mną do łóżka. Patrzał na mnie jak bym była jakimś duchem. Po chwili jednak spuścił wzrok i odsunął się kawałek 
-Lili, nawet nie wiesz jak bym tego chciał, ale jutro możesz żałować. Poczekajmy trochę i jeśli nie minie ci ta…ochota na mnie to spróbujemy- uśmiechnął się do mnie delikatnie .
Skinęłam głową na znak zrozumienia. Chłopak pokazał, że nie jest zwykłym napalonym idiotą. Zachował się naprawdę po męsku.
-To przynajmniej mnie przytul. –zaproponowałam wymuszając na twarzy grymas.
-Wiesz, mam pomysł. Jedziemy jutro porozmawiać z Harrym.
Nie byłam z tego powodu szczęśliwa, ale przecież musiałam. Jeśli by nie chciał ze mną rozmawiać to wzięłabym swoje rzeczy i tyle. Przystałam na tą propozycje i pożegnałam się z Lou.
            Ułożyłam się wygodnie w łóżku. Jednak nie mogłam zasnąć. Coś mnie męczyło. Da dziwna pustka nie pozwalająca mi spać. Brakowało mi bliskości drugiej osoby. Można by powiedzieć, że teraz byłam od tego uczucia uzależniona. Leżałam tak chyba kilka godzin. Zegarek na moim telefonie wskazywał siedem po pierwszej. Dopiero teraz sen mnie zmorzył.
***tydzień później
Ranek nie był dość przyjemny. Usiadłam na łóżku i zobaczyłam walizkę ustawioną przy drzwiach. Zapewne Louis mi ją przyniósł. Poszłam pod prysznic, ubrałam bieliznę, na którą zarzuciłam białą koszulkę z króliczkiem i zwykłe spodnie dresowe. Włosy spięłam w koka. Nie musiałam dziś wyglądać pięknie. Nie miałam dla kogo się stroić. Harry mnie nie chciał, Lou to mój przyjaciel… szczerze mówiąc nie miałam drugiej połówki. Jedyne co dziś chciałam zrobić to przeprosić Hazze. Mogłam brać ten cholerny ślub, tylko po to by mieć go przy sobie.  Weszłam do kuchni. W pomieszczeniu rozchodził się piękny zapach. Chłopcy chyba nadal nie wrócili, bo jak na razie widziałam tylko Louisa.
-W końcu wstałaś. –przywitał mnie radośnie.- Zjedz śniadanie i jedziemy do Hazzy.
-Możemy jechać teraz. Nie jestem głodna –oznajmiłam
-Jak chcesz.- rzekł niechętnie, ale ruszył za mną.
            Wsiedliśmy do jego auta i ruszyliśmy. Dotarcie tam nie zajęło nam za wiele czasu. Od razu w oczy rzuciła mi się mama Harryego. Pielęgnowała tuje posadzone przy garażu. Zrobiło mi się niedobrze. Stresowałam się jak nigdy. Wiedziałam, ze zaraz zacznie na mnie wrzeszczeć, ale musiałam spróbować, przecież tu chodziło o moją miłość. Miałam nadzieję, ze mi wybaczy. Wiem to głupie, ale nadzieja umiera ostatnia. Wyszłam wraz z Lou z auta i szybko skierowałam się w stronę domu. Słyszałam, ze jego mama mówiła coś do nas, ale nie miałam na to czasu. Zapukałam do drzwi. Niby to też był mój dom, ale wolę zapukać. Otworzył nam zdziwiony ojczym Harryego. Minęła chwila przekonywania zanim nas wpuścił. Lou został na dolę, a ja poszłam do pokoju Harryego. Zapukałam do drzwi. Otworzył mi on. Ubrany w same rurki. Poczułam jak powstaje na mnie gęsia skórka, a ciepło rozlewa się w brzuchu.
-Przyszłaś po resztę rzeczy.?- zapytał kpiąco
-No tak, ale chciałam też porozmawiać.
            Chłopak przez chwilę wpatrywał się we mnie jak w chorą umysłowo osobę, ale później przepuścił mnie. Weszłam do środka. Harry usiadł na łóżku. Przełknęłam głośno ślinę. Panowała niezręczna cisza.
-Więc, o czym chciałaś rozmawiać.?- Harry przełamał pierwsze lody.
-O nas.
-O ile się orientuję to tych „nas” już nie ma –oznajmił kpiącym głosem
-Harry, ale ja tego nie rozumiem…
-Czego ty kurwa nie rozumiesz.?!- przerwał mi –To koniec i to twoje wina
-Posłuchaj mnie –poprosiłam cichym głosem.
Chłopak usiadł i z irytującym uśmiechem na twarzy zaczął słuchać.
-Harry, ja nie chciałam cię zostawiać. Po prostu uważam, ze jesteśmy za młodzi na ślub i dzieci. Powinniśmy się wyszaleć. Najpewniej byś później żałował.
-Jaka ty kurwa uparta jesteś.!- przerwał mi, poderwał się do góry i mocno złapał mnie za nadgarstek - Po prostu przyznaj sama przed sobą, że lecisz na moją kasę.!
            Przestraszyłam się. Pamiętam wydarzenie z przed tygodnia, ale coś kazało mi do niego wrócić. Ja musiałam, a teraz to miało się powtórzyć.?! Znowu mnie uderzy. Wolałam próbować. Kochałam go i nie mogę tego tak zostawić.
-Przestań.- krzyknęłam –Nawet gdybyś nie miał pieniędzy to bym cię kochała. Ty chyba nawet nie rozumiesz co do ciebie czuję, ale skoro chcesz się przekonać to daj mi karton i będę spać na dworze, ale błagam nie zostawiaj mnie.
Poczułam jak ciepłe strużki spływają mi po policzku. Znów się popłakałam. Chłopak rozluźnił uścisk, a ja osunęłam się na podłogę. Schowałam twarz w dłoniach i rozpłakałam się jak małe dziecko. Czyli to tak miało się skończyć.? Miałam zniknąć z jego życia uważana jako dziwka i szmata lecąca na kasę. Ja naprawdę go kochałam. Nawet nie pozwoli mi tego udowodnić. Naprawdę mogłam spać w tym kartonie tylko po to by go odzyskać.
-Lili –usłyszałam jego surowy głos.
-Harry chodź się pożegnać.!
-Poczekaj chwilę
            Harry skierował się na dół, a ja otarłam łzy. Niewiarygodne, ze zależy mi na osobie, która sprawia mi najwięcej bólu. Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi, a później tupania po schodach. Chłopak wszedł do pokoju i podniósł mnie z ziemi. Przeniósł mnie na łóżko i ukucnął przed mną.
-Mam dla ciebie warunek. –oznajmił, a ja w duchu ucieszyłam się jak małe dziecko
Skinęłam głową na znak tego, że rozumiem. Zrobiłabym dla niego wszystko. Nawet wzięłabym z nim ten cholerny ślub, tylko po to by był ze mną.
-Robimy tak jesteśmy razem, ale musisz mi udowodnić, ze naprawdę mnie kochasz.
-Harry zrobię wszystko tylko nie zostawiaj mnie.
Chłopak wziął chlust powietrza i głośno przełknął ślinę. Trochę się niepokoiłam, bo nie wiedziałam, co zamierza, ale byłam gotowa na wszystko żeby z nim być.
-Bierzemy ślub cywilny…zaczął wyliczać –Za rok ruszamy z robieniem Darcy i do tego kupujesz mi kota i sprawa załatwiona, zgoda.?
Szybko się zgodziłam i wtuliłam w ciepły tors chłopaka. Tak bardzo za nim tęskniłam. Nie obchodzi mnie już to, że mamy wziąć ślub i, że tak szybko mam mieć dzieci. Kochałam go i jeśli to zapewni, ze będę mieć go przy sobie to zgodziłabym się na to w każdej chwili o każdej  porze.
-To jedziemy po kota- ucieszył się
-Mhm…Harry, ja już nigdy nie pozwolę ci odejść, nawet do łazienki- uśmiechnęłam się
-Mamy problem, bo akurat mam potrzebę. –roześmiał się na co ja jeszcze mocniej go przytuliłam
            W końcu miałam go ze sobą. Mogłam go znowu przytulić, pocałować, wykorzystać … fizycznie, że tak ładnie powiem… Szkoda mi było Lou, ja chyba zrobiłam mu nadzieję. Dobrze, że tamtej nocy nie zgodził się na moją propozycje, było by jeszcze gorzej.
-Musimy powiedzieć Lou, ze wszystko dobrze.
-Lou.?- zdziwił się chłopak
-No tak, przecież czeka na dole w salonie. –wyjaśniłam mu jak małemu dziecku
-Nie było go, ale może poszedł do auta. Zadzwonię do niego, a ty się zbieraj.
-Tylko nie mam tu ubrań i…
-W szafie zostały jeszcze niektóre twoje ubrania –przerwał mi –Pogadam z Louisem, a ty się ubieraj –zarządził –tylko szybko, bo jak nie…- zagroził mi palcem
            Harry wyszedł a ja szybko zabrałam się za ubieranie. Wyciągnęłam z szafy jedyną sukienkę i baletki, których zapomniał spakować wraz z resztą moich ciuchów. Znalazłam tam jeszcze mój ulubiony ręcznik, turkusową koszulkę i różową spódniczkę. Rozpuściłam włosy i kilka razy przeczesałam je palcami. Wyszłam na zewnątrz. Od razu usłyszałam donośną kłótnie 
-Możesz przestać się wtrącać w nasze życie.!?- krzyczał Hazza.
Schowałam się za jedną z tui i zaczęłam podsłuchiwać. Wiem, ze to nie ładnie, ale od zawsze byłam ciekawska.
-Nie. –odpowiedział mu uśmiechnięty Lou
Z tego będzie poważna kłótnia. Znowu jeden z nich zostanie poturbowany. Jeden albo oboje, a ja mam już dość rozdzielania ich i opatrywania ran po bójkach.
-Kurwa, dlaczego ty musisz być taki wścibski.!? Pogodziłem się z Lili, powinieneś się cieszyć.!
-Ale się nie cieszę.!!!- odkrzyczał mu Lou zmniejszając znacznie odległość między nimi.- Wiesz czemu.?! Bo nie zasługujesz na Lili, ona powinna znaleźć sobie lepszego.
-Lepszego.? No i może powiesz mi jeszcze, ze chodzi o ciebie.?!- roześmiał się Harry trącając Louisa w ramię –I w ogóle od kiedy ona cię tak bardzo interesuje.?!
-Jakbyś nie zauważył to od zawsze.
-Tak…-zakpił-  Jakoś przedtem traktowałeś ją tylko jako sprzątaczkę, ale nagle poczułeś motylki w brzuchu i poleciałeś do niej z kwiatami.! Ale sorki, ona woli mnie.!- uśmiechnął się zwycięsko Hazz
-To niby czemu tydzień temu chciała się ze mną przespać.?!
-Widzisz…chciała, ale później zdjąłeś spodnie i nic tam nie było. - roześmiał się Harry i chciał już odejść, ale Lou złapał go za ramię i obrócił twarzą do siebie
-Tylko spróbuj ją jeszcze skrzywdzić.!- pogroził mu palcem, drastycznie zmniejszając między nimi odległość- To obiecuję, że cię koleś zatłukę.!
-Wow, już się boję.! – popchnął go, a Louis wpadł na swój samochód –A teraz sorki jadę z Lili po kota. –oznajmił Harry i odszedł
            Miałam nadzieję, ze to koniec. Wyszłam zza tui, na szczęście Harry nie zauważył, że ich podsłuchiwałam. Udawałam, że poprawiam buta. Uśmiechnęłam się do niego i podałam mu dłoń. Chłopak splótł nasze palce i udaliśmy się do auta. Wyjechaliśmy z podjazdu i już cieszyłam się, że zniknę z oczu Lou. Po tym wszystkim co dla mnie zrobił ja odebrałam mu wszystkie nadzieję na związek, które przedtem sama mu dałam. Loczek zatrzymał się jednak obok jeszcze oszołomionego Lou i otworzył okno.
-Zapomniałem, wpadniesz na nasz ślub, nie.?- zapytał jakby nigdy nic, a później odjechał






Przepraszam, ze rozdział jest jakiś taki nijaki i krótki, ale jakoś nie mam ostatnio czasu. Mogę usprawiedliwić trzy ostatnie rozdziały, bo nie udały mi się, ale mój dziadek jest teraz w szpitalu i często tam jeżdżę, więc nie mam na to czasu.

środa, 14 sierpnia 2013

THIS IS US.!!!

Jak wiecie 30 sierpnia organizowany jej seans filmu chłopców pod tytułem "This Is Us" i właśnie zaszczycona jestem, ze mogę was poinformować, ze wybieram się na tą projekcje.!!! Miałam kilka kłopotów z biletem ponieważ kupowałam go w internecie, ale teraz wszystko ułożyło się pomyślnie i ruszają moje przygotowania do filmu. Muszę namówić koleżanki żeby jechały ze mną, załatwić sobie transport, przygotować jakieś fajne ciuchy...z moim tempem wściekłego żółwia obawiam się, że nie zdążę do tego 30. Jeśli któraś z was też będzie na tym seansie...chodzi o Multikino w Gdańsku to bardzo chętnie się z wami spotkam.! CIESZE SIĘ Z TEGO POWODU JAK LOU MARCHEWKĄ, LIAM ŻÓŁWIEM ALBO HAZZA KOTEM.!!!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozdział 23 „Koniec.”



                       Rozdział 23 „Koniec.”
Nie wiem ile już tam siedziałam. Na horyzoncie pokazywał się piękny zachód słońca. Ile ja bym dała żeby obok był teraz Harry. Moje policzki zrobiły się już suche. Najwyraźniej ilość łez była ograniczona. Położyłam się na piasku. Przecież miało być tak pięknie. Harry, dom, ślub, dzieci… tylko co ja poradzę, że mam dopiero osiemnaście lat.?! Chętnie bym wyszła za Hazze i bardzo chciałabym mieć z nim dzieci, ale ja muszę się jeszcze wybawić. Mam nadzieję, że Hazz mi wybaczy, ze w końcu wszystko będzie dobrze. Wrócę do domu i wszystko mu wytłumaczę…no właśnie jak wrócę… przecież ja kompletnie nie wiem gdzie mam iść. Wszyscy plażowicze się zmyli i zostały tylko dwie pary spacerujące brzegiem morza. A ja.? Jeszcze dziś rano obudziłam się w objęciach mojej miłości, a teraz… leżę na tym piasku jak jakiś menel spod monopolowego…pięknie.! Jednym słowem CUDOWNIE.!
Prawię nie rozmawiam z rodzicami, nie licząc tego jednego spotkania, ale oni przyjechali tylko po ty by poznać Hazze, zawaliłam rok szkolny, zostałam ofiarą napalonej marchewki, pokłóciłam się z chłopakiem i w dodatku zostanę plażowym bezdomnym…gorzej być chyba nie mogło.
            -Lili.!- usłyszałam jak ktoś woła moje imię.
Nie przejmowałam się tym. Równie dobrze mogły to być wytwory mojej wyobraźni. Nie zdziwiłabym się gdyby to było to. Jednak wołania nie ustawały, a ja słyszałam je coraz wyraźniej. Podniosłam się i spojrzałam w kierunku miejsca, którego dochodziły te dźwięki. Ujrzałam chłopaka. Biegł do mnie. Zlustrowałam go wzrokiem. Miał na sobie białe trampki bez sznurówek. Podwinięte nogawki u czerwonych spodni, białą koszulkę w granatowe paski, siwą bluzę i do tego rozwianą przez wiatr grzywkę. Nie no myliłam się…jest teraz znacznie gorzej niż minutę temu. Pasiasty przyklęknął obok mnie i przytulił szczęśliwy.
-Lili, wszędzie cię szukaliśmy. –oznajmił radośnie –Tu się cała trzęsiesz.- powiedział mi jakby to nie było dla mnie oczywiste
Było mi zimno i to bardzo, przecież leżałam w samym bikini nad morzem w dodatku wiał wiatr. Musiałam drgać, to normalna reakcja na niską temperaturę. Louis zdjął z siebie bluzę i pomimo moich niezbyt energicznych sprzeciwów włożył ją na mnie.
-Chodź, chłopcy cię szukają.
Nie chciałam z nim nigdzie iść. Najpewniej chłopcy oznaczało wszyscy oprócz Harryego. Ponownie opadłam na piasek. Louis nie znosił sprzeciwów. Nim się obejrzałam trzymał mnie na rękach i kierował się w stronę parkingu.
-Puść mnie- krzyczałam waląc go pięściami po klatce piersiowej.
Nic to nie dało. Był niewzruszony.
-Louisie Williamie Tomlinson.! Ma pan mnie łaskawie opuścić na ziemię.!
Nic nie odpowiedział. Jakby mnie w ogóle tam nie było. Nim się obejrzałam ułożył mnie na tylnim siedzeniu i zamknął drzwi. Wyjął komórkę z kieszeni i najpewniej dzwonił do chłopców.
            W aucie była moja torba z rzeczami, które tu wzięłam. Było wszystko…telefon, ręcznik, ciuchy nawet jedzenie, które zrobiłam. Zadbał o wszystko. Byłam mu wdzięczna, ale to nie zmieniało tego, że mnie wkurzył.
-To jak jedziemy.?- nawet nie zauważyłam kiedy wsiadł do auta
-Właściwie nie mam po co.- przypomniałam sobie kłótnie z Hazz
-Nie przesadzaj. Przenocujesz u nas. –zaproponował –Niallowi brakuje kogoś kto by mu gotował, a Liam nie robi tak dobrego spaghetti jak ty.
Uśmiechnęłam się. W gruncie rzeczy był to komplement. Pasiasty kazał mi się przesiąść na przód, co szybko zrobiłam. Zapięłam pasy i chwilę się pokręciłam by znaleźć najwygodniejsze miejsce. Poczułam jego rękę na moim udzie. Wiedziałam, że to nie najlepszy moment i on raczej też, ale cóż najwyraźniej jeszcze mu się podobałam.
-Będzie dobrze. –na marne próbował mnie pocieszyć
            Dobrze nie będzie. Znów wrócę do jakiegoś taniego mieszkanka lub do Polski, będę harować w pocie czoła na marne dziewięćset funtów. Znów będę wracać do pustego mieszkania z tym uczuciem smutku wywołanym przez samotność. Poczułam ciepłą strużkę na moim policzku. Wytarłam ją szybko byleby Lou nie zauważył. Jednak chyba ten plan nie wypalił. Poczułam jego ciepłe wargi na swoim policzku. Do moich nozdrzy dotarł jego zapach, a jego ręka powędrowała na mój brzuch.
-Już ja się o to postaram.
Dziwne, ciepłe uczucie rozlało mi się w okolicach brzucha. Przeklęte motyle. Historia z Louisem jest już zakończonym rozdziałem, ale coś przyciągało mnie do niego jak magnes metal. W jednej chwili miałam ochotę rzucić się na niego i pocałować te piękne malinowe wargi, spojrzeć z bliska w te lazurowe oczu, które sprawiały, że odlatywałam w inny świat…STOP…. Jest jeszcze druga strona, miałam ochotę go zabić. Udusić za to, że obudził te okropne owady.
Chłopak odpalił auto i ruszyliśmy w kompletnie nie znanym mi kierunku. Było już późno, a przecież cały dzień spędziłam leżąc na piasku okryta zimnym powiewem. Zmęczenie wzięło górę. Moje powieki stały się ciężkie. Nie miałam już ochoty na nic. Mogłam zasnąć i nigdy się nie obudzić. Było mi to obojętne. Obudziłam się dopiero jakieś trzy kilometry przed domem. O dziwo nie moim i Hazzy, ale naszym starym domem, w którym aktualnie mieszkali chłopcy. Louis podjechał pod bramę garażową i zgasił auto. Nie chciało mi się wstawać. Dziś miałam zamiar spać w jego aucie. Siedzenie było niezwykle wygodne, a jego ciepła bluza otulała moje ciało. On jednak miał inne plany. Louis wziął mnie na ręce i zaniósł mnie do mojego dawnego pokoju. Wiązało się z nim tyle wspomnień, których teraz nie chciałam sobie przypominać.
-Dzięki- rzuciłam kiedy chłopak wychodził
-Nie spisz.?- zdziwił się.
-Nie, ja po prostu lubię jak mnie ktoś nosi na rękach- uśmiechnęłam się niemrawo. 
-Przyniosę ci coś do picia –zaproponował
            Zanim zdążyłam się zgodzić znikł gdzieś w ciemnościach korytarza. Okryłam się puchową kołdrą, która nie pasowała do ciepłej pogody na zewnątrz. Cóż, chłopcy to chłopcy…sami sobie nie poradzą. W domu panowała przerażająca cisza. Chyba oprócz mnie i Louisa nikogo tu nie było. Chłopcy musieli trochę później wyjechać. Nagle światło w moim pokoju się zapaliło, a do niego wszedł Louis z tacą w rękach.
-Zrobiłem ci naleśniki- usiadł koło mnie, a do nozdrzy dobiegł przyjemny zapach –Ale nie są tak dobre jak twoje. –uśmiechnął się czarując mnie swoimi tęczówkami.  Dlaczego on mi to robi.?! Jestem pewna, że wszystko wykonuje specjalnie.! Przeniosłam się do pozycji siedzącej, a chłopak podał mi talerz i widelec.
-Miało być tylko coś do picia- zauważyłam
-No wiem, ale nie mogę się powstrzymać od uszczęśliwiania takiej dziewczyny jak ty- odgarnął moje pasemko za ucho
            Teraz byłam pewna, ze robi to specjalnie. Odsunęłam się od niego gwałtownie i poprawiłam włosy. On chyba zrozumiał ten gest, bo wstał i udał się na dół. Kiedy zjadłam zrobiłam to samo żeby go choć przeprosić i naprostować sytuację.  Teraz nie byłam już z Harrym i może zrobiłam mu tym nadzieję. Tak szczerze, to ja nie wiem co było pomiędzy mną i Hazz. Chłopak zostawiając mnie tam pokazał, jaki jest niedojrzały. Nie jestem dzieckiem i umiem sobie poradzić, ale mogło mi się coś stać, a on nawet się tym nie zainteresował. Jakoś blado widziałam naszą przyszłość.
            Louis siedział na sofię. Usiadłam obok niego i pogładziłam go po ramieniu. On tylko odsunął się na znaczącą odległość. Nie miałam zamiaru odpuścić, przecież jakby nie patrzyć Lou był moim przyjacielem…chyba. No przynajmniej ja to tak odebrałam. Przysunęłam się bliżej niego i złapałam za nadgarstek tak by mi już nie uciekł.
-Louis, przepraszam.
Lou westchnął i przeczesał swoje włosy pozostawiając je w artystycznym nieładzie
-Nie, to ja przepraszam. Niepotrzebnie robię sobie nadzieje.- uśmiechnął się niemrawo spuszczając wzrok na puchaty dywan.
Nie wiedziałam co mu na to odpowiedzieć. W rzeczywistości nie chciałam z nim być. No w każdym razie nie teraz, bo nawet nie wiem czy sprawa z Hazz jest skończona. Przytuliłam go tylko w geście pocieszenia. Wszystko miało się już jakoś poukładać. Lou byłby moim przyjacielem z Harrym pogadałabym jutro. Wyjaśnilibyśmy sobie wszystko i może wrócili do siebie, ale los znów mnie zadziwił. Usłyszałam dźwięk przekręcania kluczykiem w zamku i później otwierania drzwi. Oderwałam się od Lou i oboje zerwaliśmy na równe nogi. W progu stanął Hazz…. Z walizką.?! Co on do cholery…z moją walizką…teraz ją dobrze widziałam. Moja różowa walizka w jego dłoni. Zdążył mnie już spakować.
-Widzę, że już znalazłaś pocieszenie –uśmiechnął się sarkastycznie
-Harry, o czym ty pieprzysz. –podbiegłam do niego i złapałam jego dłoń.
            Odepchnął mnie delikatnie, ale był to najgorszy cios w moje delikatne serce. Nie wiedziałam co robić. Lokaty odstawił moja walizkę koło sofy i miał już wychodzić, ale zagrodziłam mu drogę.
-Harry, przynajmniej porozmawiajmy. –zaproponowałam cicho
-O czym.? O stanie mojego konta, czy o jakimś nowym gównie, które mam ci kupić.?!- wrzasnął na mnie
O co mu teraz chodziło. Przecież ja taka nie byłam. Nie prosiłam go nigdy o nic, przecież sami zaproponowali mi prace u siebie, a kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu to była tylko jego decyzja ja i tak nie miałam nic do gadania.
-Przecież ja nigdy od ciebie nic nie chciałam. –poczułam jak łzy napływają mi do oczu
-Jak to, nie.? Mieszkałaś u nas za darmo, kupiłem dom dla nas. Miałaś wszystko i dzięki czemu.?! Dzięki mojej naiwności. –odepchnął mnie, ale w porę złapał mnie Lou
-Hazza, to ty chciałeś dom, a prędzej to dla was pracowałam.- ponownie do niego podbiegłam
Popchnął mnie, a ja upadłam na podłogę. Krzyczał coś jeszcze do mnie, ale nie słyszałam nic.
Po moich policzkach płynęły teraz dwie rwące rzeki. Byłam jak w amoku. Widziałam tylko jego, który wrzeszczy i wymachuję rękoma. Podniosłam się i mimo ryzyka podeszłam do niego, ale o był najwyraźniej błąd. W podzięce otrzymałam siarczystego ciosa w policzek. Nie wiem czy to ze zdenerwowania czy po prostu chciał to zrobić, ale byłam pewna, że to był koniec. Facet, który uderzył raz zrobi to i drugi. Louis wręcz wypchał Hazze z domu. On na odchodne rzucił jeszcze „Resztę rzeczy dostaniesz jutro”. Uciekłam na górę. Nogi same mnie tam poniosły. Nakluczyłam się i oparłam plecami o zimne drewno. Nie miałam siły na nic. Poszłam pod prysznic. Rozebrałam się i wskoczyłam pod zimny strumień wody, który sparaliżował moje ciało. Nie wiedziałam ile już tam siedzę, ale zdążyłam przyzwyczaić się do lodowatego dotyku cieczy. Namydliłam się jakimś płynem pozostawionym tu przez chłopców i okryta ręcznikiem wyszłam do swojego pokoju.
            Nie miałam się tu, w co ubrać. Po prostu położyłam się do łóżka bez niczego. Było mi to obojętne.  I tak już nikt nie przyjdzie się do mnie położyć. Ni rozumiałam jednak jednego. Jak miłość mojego życia mogła mnie tak potraktować, a może to nie była ona.?! Może muszę dalej szukać…nie wiem. Brakowało mi go. Brakowało mi ciepła drugiego ciała. Kto będzie teraz przy mnie.? Kto mnie przytuli, pocieszy, pocałuje…świadomość, że nie ma już przy mnie Hazzy była dołująca. Usłyszałam pukanie. Niechętnie wyszłam z ciepłego już łóżka i owinęłam się ręcznikiem. Odkluczyłam drzwi i znów położyłam się w moje poprzednie miejsce okrywając się szczelnie pierzyną. Nie dlatego, ze było mi zimno, ale dlatego, że do pokoju wszedł Lou. Usiadł obok mnie i pogładził po głowie
-Trzymasz się.?- spytał jednak nie doczekał się odpowiedzi. –Lili, wiem, ze jest ci ciężko, ale zrozum Harry zachował się jak dupek. Nie warto marnować na niego łez. –próbował mnie pocieszyć
Nie reagowałam. Cały czas wpatrywałam się w szafkę nocną, na którym stał budzik. Nie wiem po co. Nie było w tym jakiegoś konkretnego celu. Po prostu leżałam tak i go słuchałam. Na chwilę ucichł, by później kolejne słowa wyszły z jego ust.
-Lili, jeśli mogę coś dla ciebie zrobić to powiedz, bo ja zrobię wszystko byś była szczęśliwa.
Skierowałam na niego wzrok i przytrzymując pierzynę przeniosłam się do pozycji siedzącej. Nie byłam pewna tego co za chwilę powiem jednak musiałam. Coś we mnie kazało mi to zrobić. Prosiło mnie bym to zrobiła. Osobiście sama musiałam przekonać się czy to co czuję to prawda… Oboje zamilkliśmy na chwilę. Wpatrywałam się tak w niego. W jego niebieskie oczy. Analizowałam każde słowo, które za chwilę powiem by później nie żałować. Poczułam jak kolejna fale łez pojawia się na moim policzku. Nie kontrolowałam ich. Może chciałam żeby się pokazały. Dzięki nim, czułam swego rodzaju ulgę.
-Gdzie chłopcy.?- spytałam pełna nadziei, ze dziś nie wrócą.
-Zayn u Perrie, Liam u Daniell, a Niall u jakiejś Caroline- oznajmił mi, a ja w duchu ucieszyłam się jak małe dziecko
-Caroline.?- zdziwiłam się
-Tak, jego dziewczyna. Dużo się wydarzyło od kiedy poszłaś tam mieszkać.- uśmiechnął się –Lili, zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa- zmienił teraz ton na cichszy i delikatniejszy
Jego głos łagodził moje uszy. Chciałam żeby nie przestawał mówić. Teraz kiedy dowiedziałam się, ze chłopcy raczej nie wrócą na noc, byłam pewna, ze chcę poprosić o to Lou. Wiedziałam, że później będę tego żałować, ale musiałam. Po prostu musiałam
-Louis- zaczęłam cicho i niepewnie. On tylko przysunął się bliżej i analizował każdy szczegół mojej twarzy –Kochaj się ze mną.

Rozdział 22 „Strata.”



                    Rozdział 22 „Strata.”
Zaniemówiłam. Ona już nawet wiedziała jakie imię wybierzemy dla dziecka. Czułam się jakbym nie miała nic do powiedzenia. Bo rzeczywiście tak było. Pani Cox najwyraźniej ułożyła już sobie w głowię naszą przyszłość. Zdenerwowała mnie, ale wolałam tego nie pokazywać. Zależało mi na szczęściu Hazzy, a on będzie zadowolony kiedy się polubimy. Weszliśmy do sklepu i kupiliśmy tą cholerną sukienkę. Po jakiejś godzinie wróciliśmy do domu. Oczywiście nie odbyło się bez zaliczenia kilku sklepów z sukniami i ubrankami dla dzieci.
            Weszłyśmy do domu. Hazza i pan Robin siedzieli na sofię i oglądali jakiś durny program w telewizji. Musiałam z nim porozmawiać, ale nie tu. Postawiłam torby z zakupami ze spożywczego w kuchni i zaczęłam ich rozpakowywanie. Zamykałam właśnie lodówkę kiedy usłyszałam rozmowę Hazzy z jego mamą. Ona ciągle męczyła go o ten ślub. Nie wiem dlaczego jej tak na tym zależało. Prosiła go o przyśpieszenie terminu i jeszcze coś o dzieciach. Jakiejś wesołej gromadce. Wyszłam z pomieszczenia i podeszłam do sofy. Cmoknęłam Hazze w policzek, a ten posadził mnie na swoich kolanach. Wtuliłam się w jego ciepły tors i kontynuowaliśmy oglądanie filmu.
-No właśnie, kiedy byłyście w sklepie dzwonił Zayn i pytał się czy jedziemy na plażę, bo wybierają się z chłopakami –oświadczył Harry
            Świetnie.! Przynajmniej się od tego wszystkiego oderwę. Miałam już dość tej całej gatki o rodzinie. Szybko się zgodziłyśmy i zaczęły się przygotowania. Spakowałam mnie i Hazze oraz przygotowałam coś do zjedzenia. Chłopcy podjechali pod nasz dom i całą grupką ruszyliśmy na plaże. Ja siedziałam z tyłu wraz z panią Anne, a Harry prowadził. Całą drogę słyszałam tylko to samo. Ciągle męczyli mnie o założenie rodziny. Przecież ja im ni ucieknę.! A może tego się bali.? Że w końcu zniknę… zostawię ich..? Nie wiem, ja nawet nie miałam tego w planach. Kochałam Harryego i zamierzałam spędzić z nim resztę życia, ale to jeszcze nie teraz. Jestem za młoda na ślub i dzieci. Dojechaliśmy na plażę dopiero po godzinie, więc znam już teorię karmienia i przewijania oraz tego jaki to Harry był słodki kiedy był mały. Wyszliśmy z auta. Ja pierwsze co poszłam się przebrać w strój kąpielowy, Harry poszedł wraz ze mną. Sama nie wiem po co, ale odpowiadało mi jego towarzystwo. Reszta szukał miejsca. Było dość tłoczno, więc po tym jak się przebraliśmy dość trudno było ich znaleźć. Na szczęście jeden z nich stał przy budce z jedzeniem, która znajdowała się niedaleko.
-Naill.!- zawołałam
            Chłopak odwrócił się do nas i radośnie pomachał. Podeszliśmy do niego. Blondyn już opychał się kebabem. Myślę, że tylko po to tu przyjechał. Zamówiłam lemoniadę, a Harry colę.
-Gdzie reszta.?- spytał w końcu Harry
-Tam.- wskazał na grupkę bawiących się w piasku dzieci… no przynajmniej mi się tak wydawało, ponieważ jak się później dowiedziałam był to Louis, Liam i Zayn. Loui i Li zakopywali mulata w piasku. Chyba nie bardzo mu się to podobało, bo cały czas coś do nich krzyczał, jednak z tej odległości nie jestem w stanie stwierdzić, co.
-Idziemy do nich.?
-Ja chyba tu jeszcze posiedzę. Zamówię sobie frytki i do was przyjdę, zgoda.?- zaproponowałam
Nie mogłabym znieść kolejnych pouczeń jego mamy. Była fajna, ale jeśli w grę wchodził temat ślubu lub dzieci miałam ochotę się zabić.
            Harry przystał na tą propozycję i ruszył do przyjaciół. Poprosiłam barmana o rzeczone frytki i po chwili zajadałam się nimi niechętnie. Robiłam to chyba najwolniej jak umiałam, ale żeby wyglądało realistycznie. Hazza w każdej chwili mógł się domyślić, że nie chcę spędzać z nimi czasu.
-Coś się stało.?
Niall najwyraźniej mnie przejrzał. Nie było sensu go okłamywać. Prędzej czy później wymęczył by mnie i dowiedział się prawdy. Ja nie umiałam kłamać.
-Męczy mnie sprawa z Harrym- zaczęłam przegryzając kolejną frytkę- On chce ślubu.- wypaliłam szybko
Blondyn zachłysnął się swoim sokiem pomarańczowym. Nie dziwiła mnie ta reakcja. Chłopak mający dziewiętnaście lat ma zamiar wziąć ślub z dziewczyną, którą zna ledwie trzy miesiące. Musiał by być bardzo zdesperowany, ale przecież to Harry Styles, jego każda dziewczyna chce.!
-Ślubu.?!- wrzasnął Niall
            Uciszyłam go gestem ręki. Jeszcze Hazz by usłyszał. W prawdzie był daleko, ale wszystko może się wydarzyć.  Mógł przechodzić obok lub ktoś z naszej grupy i byłby problem.
-No tak, ale dopiero w wiosnę. Jak ja mam mu to powiedzieć, że nie chcę.?
Byłam bezradna. Mówiłam mu, że nie jestem gotowa, ale zaczął mi to tłumaczyć, a widząc jego zmartwione oczka nie mogłam nic z siebie wykrztusić . Nawet jeślibym chciała na niego nawrzeszczeć nie mogłam. Nie dawałam rady.
-Nie wiem, może prosto z mostu. Hazza jest za młody na wesele. –zamartwił się Niall
-No, dzięki, że mną też się przejmujesz. –roześmiałam się
Niall w jakimś stopniu miał rację. Musiałam mu to powiedzieć. Niechętnie zeszłam z barowego krzesła i ruszyłam w stronę Harryego. Siedział na kocu obok zakopanego Zayna, który przymusowo raczył się jabłkiem, które podawał mu Louis. Podeszłam do nich i szturchnęłam Hazze. Nie chciałam by ktokolwiek widział, że idę z nim porozmawiać. Mogli sobie myśleć, że idziemy gdzieś po to by się sobą pobawić, ale nie mogli wiedzieć, ze chodzi akurat o ślub. Dałam mu sygnał , ze ma iść za mną. Poprowadziłam go za wydmy. Tam gdzie nikt by nas nie widział. Usiadłam obok kępki trawy. Harry powtórzył tą czynność . Objął mnie ramieniem i skierował swoje usta na moją szyje. Odepchnęłam go leciutko. Jego wcześniejszy uśmiech zmienił się teraz na grymas.
-Musimy porozmawiać- oznajmiłam beznamiętnym tonem.
Harry coraz bardziej mi się przyglądał. Najpewniej był tym zaskoczony.
-Ja…-zaczęłam –Nie chcę ślubu- wycedziłam
-Jak to.?- prawie wrzasnął.
Chłopak poderwał się na równe nogi i z niedowierzaniem pokręcił głową. Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza. Wiedziałam, że mu na tym bardzo zależało, ale przecież jest tak. Nie mówię mu definitywnego „Nie”.
-Czyli to koniec.?- spytał przejęty wycierając łzę.  
-Harry, nie- zaprzeczyłam szybko –Kocham cię, ale ślub.? Nie znamy się na tyle żeby się pobierać. Ja nawet nie wiem czy chcę planować z tobą przyszłość –najgłupsze słowa w moim życiu właśnie wyszły przez moje usta
            Nie chciałam żeby to tak zabrzmiało. Nie o to mi chodziło.! Harry wręcz uciekł z miejsca naszego spotkania. Próby dogonienia go były bezowocne. Był od mnie szybszy i do tego zgubiłam go w tłumie panującym na plaży. Zatrzymałam się na miejscu, które choć trochę oddalone były od plażowiczów. Rozejrzałam się wokoło. Nigdzie znajomych twarzy. Hazzy nie ma, zgubiłam nasze miejsce i w dodatku nie wiem co będzie dalej. Usiadłam na rozgrzanym piasku i zalazłam się łzami. Chyba dziś straciłam miłość swojego życia






Wiem ten post jest jakiś taki nijaki. Nie miałam weny...jak zawsze -,- przynajmniej coś. Nie mam już teraz pomysłów na to opowiadanie i pomijając ta kłótnie nie wiem czy uda mi się coś więcej napisać. Może macie jakieś pomysły.?  Pomyślałam także, że teraz Lili mogłaby być z Lou, może tak jednorazowo albo na dłużej...sama nie wiem.