Rozdział 27 „Miłość
to ból”
Ucieszyłam
się. Samo to, że chciał tu przyjść wymagało od niego poświęcenia, a kiedy
musiał to powiedzieć…z pewnością nie było to łatwe. Splotłam nasze dłonie by
choć trochę bardziej był pewny siebie. Pani Joley założyła okulary i wyciągnęła
jakiś notes z szufladki w biurku.
-Rozumiem, a jak przejawia się ta agresja.?-
-Ja wpadam w szał i krzywdzę bliskich –spuścił wzrok
Mocniej ścisnęłam jego dłoń i życzliwie się do niego
uśmiechnęłam. Chłopak uniósł kącik ust i ponownie uniósł głowę.
-Kiedy pan wpada w taki szał.?
-Przeważnie kiedy jestem zazdrosny lub z kimś się naprawdę
mocno pokłócę.
-I kiedy panu mija.?- zadała kolejne pytanie
-Przeważnie kiedy mnie odciągną lub kiedy widzę, że kogoś
naprawdę to boli.
Przypomniałam
sobie wczorajszą sytuację. Rzeczywiście Hazz przestał dopiero wtedy kiedy ja
już całkiem straciłam nadzieję, że on przestanie. Kobieta zapisała coś z
notatniku i padło kolejne pytanie
-Często się to panu zdarza.?
-Tak, ostatnio bardzo często.
Doktor przeprowadziła jeszcze parę pytań…typu „Jak się pan
czuje w ostatnich dniach.?”, „Co pana najmocniej irytuje”, a później wyprosiła
mnie z sali. Rozumiem musiała z nim przeprowadzić rozmowę w cztery oczy. Na
korytarzu czekałam chyba pół godziny. W końcu Hazz wyszedł z jakimś świstkiem w
ręce. Poszliśmy na parking.
-O co chodzi z tym papierkiem.?- zapytałam wsiadając do
auta.
-Dała mi receptę na jakieś leki uspakajające i musimy kupić
zeszyt. –odpowiedział odpalając samochód jednym ruchem nadgarstka.
-Po co ci zeszyt.?
-Mam tam zapisywać kiedy się wkurzy czy coś.
Wyjechaliśmy
z parkingu i pierwszym naszym celem była apteka, a później jakiś sklep gdzie
Hazz mógłby kupić zeszyt. Wybrał sobie nawet specjalny długopis, bo jak
twierdzi będzie mu się lepiej pisało. W domu byliśmy dość późno. Kiedy weszłam
do kuchni zegarek wskazywał czternastą trzy. Zabrałam się więc za
przygotowywanie obiadu dla nas. Postanowiłam zrobić Lasagne. Kiedyś robiłam je,
ale to jeszcze jak mieszkałam w Polsce. Teraz jakoś nie miałam okazji. Nakryłam
do stołu i zawołałam Hazz na kolację. O dziwo cały czas siedział na górze.
Nałożyłam mu jak i sobie lasagne na talerz i przyniosłam nam szklanki z wodą gazowaną.
-Pycha.!- jęknął Hazz
Nie wiedziałam, że aż tak bardzo lubi jęczeć, ale ok.
Zmierzwiłam mu włosy i dałam całusa w policzek.
Po kolacji
umyłam naczynia i nastawiłam pranie. Harry koniecznie chciał żebym wyprała mu
jego ulubione dresy. Wzięłam na dole szybko prysznic i owinięta ręcznikiem
ruszyłam na górę. Musiałam się trochę przepłukać po tym spotkaniu z
psychologiem. Czekając na Hazz na tym korytarzu byłam chyba bardziej
zdenerwowana niż on w środku. Chłopak
leżał na łóżku w samych spodniach. Trzymał sobie laptopa na klatce piersiowej i
zapewne szukał czegoś w Internecie. Położyłam się obok niego chcąc zobaczyć co go
tak interesuje.
-Coś się stało.?- zapytał jakby nie był przyzwyczajony do
przytulania
-Chciałam cię tylko przytulić. –pogramoliłam się na swoim
miejscu wybierając najbardziej dogodną pozycje.
Hazz uśmiechnął się tylko i odłożył laptopa na szafkę nocną
i odwrócił się twarzą do mnie. Cmoknęłam go w nos i chciałam wstać z łóżka.
Jednak ten złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
-Gdzie uciekasz.? –ukazał mi rząd białych perełek i złączył
nasze usta w pocałunku.
-Muszę się brać.- zmierzwiłam mu włosy
Chłopak zdjął ze mnie ręcznik i rzucił go gdzieś w kat.
Szczerze, nie miałam teraz na to ochoty. Dziwne, ale po prostu nie miałam. Była
dopiero szesnasta. Wieczorem to tak, ale nie teraz. Niech się chłopak trochę
pomęczy.
Przekręciłam
go tak, ze to teraz on był pod mną. Pocałowałam go krótko i zeszłam.
Wyciągnęłam z szafy bieliznę i szybko ją ubrałam. Hazza wstał i przytulił nie
od tyłu. Usta skierował na szyje. On chyba nie rozumiał słowa „nie”.
-Harry, nie teraz. –odsunęłam się ubierając rozciągniętą
koszulkę z dużym napisem „LOVE”
-Jak nie teraz…- nie odpuszczał.
Loczek złapał mnie w pasie i rzucił na łóżko. Zdjął ze mnie
koszulkę i zaczął całować okolice dekoltu
-Harry, nie chcę…-poderwałam się do pionu, a Hazz zrobił to
samo
-Co znaczy „nie chcę”.?!- przerwał mi
-Nie teraz. Mówiłam ci
-Ale ja chcę- oznajmił jakby moje zdanie się dla niego nie
liczyło i jego usta ponownie odnalazły moją szyje.
-Harry. Nie rozumiesz.? Nie chcę- chłopak coraz bardziej
mnie irytował
-O co ci znowu chodzi.?- wściekł się
-Po prostu jest dopiero szesnasta i w ogóle nie mam na to
sił. –wytłumaczyłam mu spokojnie
-A może ktoś cię pukał tam na dole.?!- wrzasnął
Zdziwiłam się „lekko” jego
zachowaniem. Znów mu coś odbijało. Odsunęłam się od niego na kilka kroków. Z
mojego doświadczenie wkurzony Hazz to nie najlepszy sygnał. Chłopak jednak
podszedł do mnie bliżej. Nie rozumiałam go, przecież gdybym cos z kimś robiła
to chyba by usłyszał, a w ogóle, przecież mam jego. Po co mi kto inny.?!
-Harry, dobrze wiesz, ze to nie prawda. Uspokój się-
próbowałam załagodzić sytuacje.
-Uspokój się.?!- krzyknął –Jak mam być spokojny kiedy ty
najpewniej puszczasz się na prawo i lewo.!!!
Przeraziłam się. Najprawdopodobniej zaraz mi się oberwie, a
przecież to tylko jakieś bezpodstawne oskarżenia. Ja bym go nigdy nie
zdradziła. Kocham go.
-Harry, ale ja tylko z tobą…
-Myślisz, że ja się na to nabiorę.?! –podniósł głos po raz
kolejny
-Ale Hazz, przecież to prawda- odpowiedziałam delikatnie się
od niego odsuwając.
-Nie uciekaj od mnie, bo jak cię za te kudły złapie to je
kurwa stracisz..!
Chłopak złapał mnie za
rozpuszczone włosy i pociągnął bliżej siebie. Wpadłam na niego i otrzymałam
siarczystego ciosa w policzek. Pod wpływem jego siły upadłam na podłogę.
Zamknęłam oczy i poczułam ogromny ból w okolicy brzucha. Curly złapał mnie za
koszulkę i uniósł do góry. Szarpnęłam się mocno, a w efekcie uwolniłam od
stanowczej ręki Loczka. Pobiegłam do łazienki. Przekręciłam szybko kluczykiem w
drzwiach. Chłopak cały czas w nie walił. Krzyczał coś, ale byłam tak
przestraszona, że nie zwracałam na to uwagi. Naparłam na drewno z całych sił.
Sama nie wiem co miało mi o dać. Harry tak czy inaczej tu nie wejdzie. Hazz po
jakimś czasie się uspokoił i zostawił mnie w spokoju. Osunęłam się na podłogę.
Nie wiedziałam co w niego wstąpiło. Byłam w takim szoku, ze nawet nie mogłam
płakać
Łzy przyszły dopiero po jakimś
czasie. Nie potrafiłam ich już powstrzymać, przecież ja nic nie zrobiłam.
Dlaczego znów mnie uderzył. Co ja znowu zrobiła źle.?! Nawet nie poczułam kiedy
moje policzki znów zrobiły się suche. W całym domu panowała okropna cisza. Jak
dla mnie Hazz gdzieś wyszedł lub siedzi na dole, ale gdyby tak było to
włączyłby telewizor. Jednak bałam się wyjść. Jeśli on tam jest to oberwie mi
się dwa razy mocniej. Musiałam upewnić się, ze go tam nie ma. Z tego co wywnioskowałam
minęło kilka godzin. Nawet jakby on tam był to by mu przeszło…chyba. Otworzyłam
drzwi od łazienki i chwyciłam z sypialni poduszkę, koc i wyciągnęłam pierzynę z
szafy. Wrzuciłam to wszystko do łazienki, a później zeszłam na dół po cos do
picia. Na szczęście nie było go tam. Wybrałam dwu litrową butelkę wody i znów
wróciłam do łazienki na górze gdzie spędziłam noc.
Obudziłam się najpierw nie
kojarząc gdzie jestem. Dopiero później przypomniało mi się wczorajsze
zdarzenie. Zrzuciłam z siebie pierzynę i wyszłam z łazienki. Loczka nie było w
łóżku. Zeszłam na dół. Curly siedział na sofię. O ile się nie mylę to płakał.
Gdy tylko mnie usłyszał wstał z sofy i ruszył do mnie. Bałam się. Zakryłam
twarz dłońmi, ale on mnie przytulił. Czyli mu przeszło. Odwzajemniłam gest.
-Przepraszam, ja nie wiem co we mnie wstąpiło…ja już nie
będę –rozpłakał się mocniej
Mocniej wtuliłam się w ciało Hazzy. Wierzyłam mu. Przecież
obiecał. Wszystko się zmieni…na pewno.
***dwa miesiące
później.
Powiem szczerze. Nic się nie zmieniło.
Jest jeszcze gorzej niż było dwa miesiące temu. Te wizyty u psychologa nic nie
dają. Żadna terapia nie jest mu chyba w stanie pomóc. Coraz częściej chowam się
przed nim. Nie wiem co mam robić. Harry przestał odwiedzać chłopców. Oni nie
przyjeżdżają do nas. Nic…zero kontaktu. Louis jedynie czasami dzwoni do mnie z
pytaniami jak się mam, ale to jeszcze pogarsza sprawę. Hazz cały czas opowiada
mi o naszym domniemanym związku. To już robi się chore.
Robiłam
właśnie dla niego kolacje. Nałożyłam mu stertę kanapek na talerz i zaniosłam do
salonu. Podałam mu je najostrożniej jak umiałam i usiadłam obok niego, ale na
pewien dystans. Wziął jedną i odstawił
talerz na stolik. Znów przeglądał coś w Internecie. Już dawno zauważyłam jego
podkrążone oczy, dużo spał. Nawet w dzień zdarzało mu się przespać parę godzin.
Chłopak sięgnął po kolejną kanapkę. To dobrze. W ostatnich czasach bardzo mało
je. Potrafi chodzić dwa dni bez jakiegokolwiek posiłku. Schudł i to mocno, ale
pewnie stresuje się koncertami czy czymś. Ostatnio bardzo dużo pracuje nad
swoim wokalem. Coraz częściej chodzi na próby. Co się dziwić. Niedługo ich
trasa koncertowa. To pewnie dlatego jest przemęczony i tak dużo śpi. Może jeśli
wyjedzie na ten miesiąc to się troszeczkę uspokoi i nie będzie już robić tego
co robi.
Oddaliliśmy się od siebie. Śpimy
odwróceni do siebie, nie rozmawiamy. Mijamy się po prostu. Niedawno jeszcze
próbowałam go przytulać albo coś, ale on mnie odpycha. Nie chce mieć ze mną
jakiegokolwiek kontaktu. Brakuje mi tego dawnego Harryego. On znikł i boję się,
że nigdy nie wróci. Chłopak dojadł trzecią kanapkę i wyłączył laptopa. Odłożył
go na stolik i poszedł do łazienki. Do wyjazdu zostało im zaledwie dzień, bo
już jutro, dokładniej o szóstej wyjeżdżają do L.A. Poszłam go spakować. Wolałam
nie dostać ochrzanu za to, ze zapomniałam o jego przygotowaniu.
Wyjęłam z szafy walizkę i
zaczęłam wkładać do niej poszczególne rzeczy. Koszulki, spodnie,
ręczniki…wszystko. Poszłam do łazienki po sztoteczke do zębów, pastę, szampon,
żel pod prysznic…ogólnie rzeczy do podstawowej higieny. Ułożyłam mu to wszystko
w walizce. Zapomniałam jedynie o jego ulubionej marynarce. Zabił by mnie chyba
gdybym jej nie spakowała. Leżała ona na dnie szafy. Chwyciłam ją za róg i
wyjęłam. Niestety wszystko z kieszeni się wysypało. Trochę drobniaków, kluczyki
od auta, które niby ukradłam, ale Hazz to Hazz jemu nie wytłumaczysz,
chusteczki i…torebka foliowa z jakimś białym proszkiem. Przestraszyłam się.
Czyżby Harry…nie.! On nie jest ćpunem, ale to by wyjaśniało to wszystko i
…STOP… Hazz na pewno nie jest taki głupi. Nie wierzę w to. Może to po prostu
jakiś…nie wiem…proszek do prania…wybielacz…oranżada w proszku…wszystko, ale nie
narkotyki.
Usłyszałam jego kroki. Schowałam
torebeczkę do kieszeni od spodni i zabrałam się za składanie jego marynarki.
Chłopak wszedł do pokoju i rzucił się na łóżko i wziął telefon do ręki.
Najpewniej żeby ustawić budzik. Dziś nie był tak agresywny, więc pomyślałam, ze
z nim porozmawiam. Zamknęłam jego walizkę i usiadłam obok niego.
-Nie możesz już się doczekać kiedy wyjeżdżam, co.? –spytał
szturchając mnie w bok.
-Nie tylko chciałam żeby wszystko było gotowe na twój
wyjazd. –odpowiedziałam cicho. –Będę za tobą tęsknić, wiesz.?
Hazz nic nie odpowiedział. Odłożył telefon na szafkę nocną i
okrył się pierzyną. Brakowało mi jego ciepłego głosu, słodkich pocałunków,
delikatnego dotyku…wszystko poszło się jebać, że tak powiem. Chciałabym choć
raz go przytulić, ale to jest już chyba niewykonalne.
-Harry…-zaczęłam cicho, chłopak okręcił się tylko w moją
stronę i z zniesmaczoną miną czekał na dalszy ciąg mojego zdania. –Czy ty mnie
jeszcze kochasz.?
-Głupie pytanie. –burknął i ponownie odwrócił się do mnie
plecami.
-Proszę, odpowiedz
-Tak.! Zadowolona.?
Westchnęłam tylko cicho. Wiedziałam, że ta rozmowa nie
będzie przyjemna, ale musiałam kontynuować. On musiał mi powiedzieć co to jest.
Przecież to nie mogą być narkotyki. Wykończyło mnie to jego całe zachowanie.
Bałam się, ale musiałam dowiedzieć się prawdy. Skatuje mnie, ale jutro wyjeżdża
to zdążę coś wymyślić. Wyjęłam torebeczkę z białym proszkiem i rzuciłam mu ją
przed twarz.
Curly
chwycił ją w dłoń i momentalnie się poderwał. Widziałam jaki był zły. Jego oczy
zaszły mgłą, z resztą już dawno straciły swoją zieleń. Chwycił mnie za
nadgarstek i mocno do siebie przyciągnął.
-Skąd to masz.?!- krzyknął
-Co to…
-Kurwa, skąd to masz.?! Znów mam ci pokazać gdzie twoje
miejsce.?!
-Co to do cholery jest.?! –pierwszy raz podniosłam głos w
jego kierunku
Teraz było mi już wszystko obojętne. Miałam to wszystko
gdzieś. Jeśli to są narkotyki to…to będzie koniec. Nie mogę wiązać się z kimś
takim. Rozstanę się z nim albo…albo pomogę…nie wiem. Loczek uniósł rękę szykując się do
wymierzenia ciosu. Złapałam za jego nadgarstek i pociągnęłam w dół. Nie wiem
skąd we mnie tyle odwagi. Może po prostu bałam się o siebie jak i o niego.
-Nie masz prawa mnie bić.!- wrzasnęłam odpychając go od
siebie.
Chłopak ostudził swój zapał i ponownie położył się do łóżka.
Szarpnęłam za pierzynę ściągając ja w dół.
-Powiedz mi co to jest.!- wrzasnęłam
-Nie chce mi się z tobą gadać. Muszę rano wstać.
Hazz wyrwał mi kołdrę i ponownie ułożył się do snu.
Miałam go
dość. Teraz już byłam pewna co do tego, ze to narkotyki. On jest nie poważny.
Sława uderzyła mu do głowy, przecież w każdej chwili mogli dowiedzieć się o tym
fotoreporterzy i wtedy to byłby koniec 1D. Wzięłam jedną z poduszek i koc. Dziś
postanowiłam spać na sofię. Choć tak mogłam oddalić się od tego idioty.
Wyciągnęłam telefon z kieszeni od piżamy i odłożyłam go na stolik. Nastawiłam
sobie budzik na piątą tak by jeszcze zdążyć zrobić Hazzie śniadanie. Poszłam
szybko pod prysznic i ubrałam na siebie luźną, miętową koszulkę, zwykłe dżinsy
i siwy komin.
Poszłam do
kuchni gdzie przyrządziłam Hazzie naleśniki
z syropem klonowym, tosty, płatki owsiane i herbatę z mlekiem. Nakryłam do
stołu i poszłam obudzić Loczka. Wstał, bo kilku szturchnięciach i bez słowa
zszedł na dół. On poszedł do kuchni, a ja zostałam w salonie oglądając jakiś
film. Dochodziła już szósta. Hazz miał się stawić jeszcze na odprawę. Poszłam
po jego walizkę i zniosłam ja na dół. Chłopak właśnie zakładał swój płaszcz.
-Dziękuje. –usłyszałam jego słodką chrypkę
Nie odpowiedziałam. Szczerze, to chciałam żeby jak
najszybciej wyszedł z domu i znikł na miesiąc. Miałam już tego wszystkiego
dość. Najpierw robi mi awantury, później biję, a na końcu są słodkie
przeprosiny, a ja głupia dałam się nabierać. Za każdym razem, ale tego dość.
Będę go olewać tak jak on mnie przez ostatnie dwa miesiące. Podałam mu jego
telefon i czekałam aż przyjedzie taxi. Zjawiła się ona po jakiś siedmiu
minutach.
-Pocałujesz mnie
-Idź już. –otworzyłam mu szerzej drzwi i wskazałam ruchem
ręki na samochód.
-Kocham Cię. Będę tęsknił. –próbował mnie przytulić jednak ja
odepchnęłam go ręką i podałam rączkę walizki do ręki.
Odszedł
zrezygnowany. Kiedy wsiadł do taxi pomachał mi jeszcze, ale ja zamknęłam drzwi.
Nie chciałam go widzieć. Rozkleiłabym się jeszcze i pobiegła do niego. Chciałam
być stanowcza. Skrzywdził mnie, jak i siebie. Musiałam położyć temu kres.
Zobaczyłam odjeżdżającą taksówkę. Nie mogłam powstrzymać łez. Moja miłość
właśnie odjeżdża od mnie na cały miesiąc. Mam być sama w tym pustym domu.
Mogłam się z nim pożegnać, przytulić, ale…po prostu nie mogłam. Usiadłam na
sofię. Miałam tego dość. To wszystko jest okropne, a znikąd wsparcia. Chłopcy
pojechali, rodzice mają własne życie, z mamą Hazzy wolałam się nie kontaktować,
a moje przyjaciółki mają ważniejsze sprawy niż moje problemy.
Moje policzki stały się już całe morkę.
Jak ja mogłam do tego dopuścić.?! Przecież mogłam temu zapobiec… Hazz nie
musiał brać. Tylko gdybym zadziałała, ale ja nie widziałam co się dzieje z moim
Harrym. Jak.?! Byłam z nim dwadzieścia cztery na dobę. Kiedy on zdążył to
wszystko kupować, chować…brać.?! Niedawno
było tak dobrze. Mieliśmy plany, chcieliśmy wziąć ślub i mieć dzieci. To przez
mnie Hazz zaczął brać. Gdybym od razu się na to zgodziła, a on na pewno się tym
wszystkim stresował. Pewnie bał się, ze go zostawię. To nie musiało się stać
gdyby nie ja. I co teraz będzie.?! Mam pozwolić na to by zaćpał się na
śmierć.?! Ja go kocham…nie mogę go stracić…
Poszłam do łazienki. Obmyłam
twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Co się ze mną stało.? Kiedyś wszystko
wydawało się piękne…Teraz na każdym kroku czai się ból. Kiedy Hazz mnie jeszcze
nie bił było dobrze. Dało się przeżyć, bo miało się przy sobie takiego faceta
jak on…a teraz.? Teraz nie mam po co żyć. No bo niby co mnie trzyma przy tym
cholernym świecie… wyzwiska kierowane w moją stronę, ból, samotne noce, chłopak
narkoman.?!... szczerze, tylko dlatego się nie zabiłam. Jego da się zmienić. Każdego
da. Te sesje z Dr.Joley nie przynosiły skutku dlatego, że to narkotyki były
jego problemem, a nie problemy psychiczne. Otworzyłam szufladę i moim oczom
rzuciły się błyszczące ostrza. Chwyciłam jedną do ręki. Nigdy nie pomyślałabym
nawet, ze mogę to zrobić, ale dzisiaj…jestem cieniem człowieka. To chyba dobry
pomysł. Ulży mi.
Przyłożyłam żyletkę do nadgarstka.
Poczułam zimno. Zamknęłam oczy. Niby miałam tylko pociągnąć, ale się bałam. Po
prostu mam coś do stracenia, dlatego nie mogę tego zrobić. Nabrałam powietrze
do ust i pociągnęłam metal. Poczułam ból…ból i ulgę. Zamieniłam ból psychiczny
na fizyczny. Ciepła krew rozlała się po ręce. Zrobiłam to jeszcze raz i
kolejnym. Na ręce widniał teraz znak „H” . Dla niego…