Ostrzeżenie.!!!

Na blogu mogą znajdować się wulgaryzmy jak i momenty +18. Jeśli nie chcesz nie czytaj.!!! Nieprzyjemne komentarze na ten temat od razu usuwam.! Proszę też nie zwracać uwagi na błędy w pisowni (ortografia jak i interpunkcja), próbuje by takie nie znajdowały miejsca na mojej stronie. Za wszelki niepoprawności PRZEPRASZAM.!!!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 26 „Problemy przedmałżeńskie”

                Rozdział 26 „Problemy przedmałżeńskie”
            No teraz to przegiął. Jak on mógł nazwać go moim kochasiem.?! Dopiero co się pogodziliśmy, a on już wszczyna kłótnie. Ja tylko mu powiedziałam, ze mogliśmy tego kota nie brać, a teraz wyszła ta cała afera, bo tylko powiedziałam jedno zdanie.
-Kochaś.?! No przepraszam, ale mi się zdawało, że to my jesteśmy razem.
-Widocznie jeszcze tego nie zauważyłaś –burknął podnosząc się z łóżka
-O co ci znowu chodzi.?!
-O co.?! –zdziwił się –Chodzi o to, ze kurwa, masz mokro jak na niego patrzysz. –krzyknął
Wstałam i podeszłam do Hazzy. Próbowałam spleść nasze dłonie jednak on się odsunął i podszedł do okna. Próbowałam to jakoś załagodzić, a on nawet nie pozwolił się dotknąć
-Harry, przecież wiesz, ze to nieprawda. To ciebie kocham. – z każdym słowem ściszałam głos
Chłopak tylko prychnął. Zachowywał się jakby mnie tam nie było. Nie odzywał się, nie reagował, a przecież ja nic nie czułam do Louisa.
-Pewna jesteś.? –spytał obojętnym tonem nawet na mnie nie patrząc –Bo wiesz, jakbyś mnie kochała to byś nie chciała iść z nim do łóżka.
-Ale Hazz, to wszystko to nie tak. Ja po prostu byłam załamana. Zostawiłeś mnie tam i naprawdę nie wiedziałam co zrobić, a później on mi pomógł i…
-I w zamian za to zaoferowałaś mu sex. –przerwał mi
Nie wiedziałam co mu na to odpowiedzieć. Każde moje słowo tylko pogorszyło by sytuację.
Usiadłam na brzegu łóżka i pogłaskałam kociaka. Jak ja miałam mu to wytłumaczyć. Nic nie czułam do Louisa, przecież pomiędzy nami do niczego nie doszło. Hazze kochałam i przecież zgodziłam się na ten cholerny ślub, na dzieci, na nauczanie domowe… poświęcałam się dla niego, a on widział tylko moją „miłość” do Lou. Poczułam ciepłą łzę na moim policzku. Otarłam ją szybko. Nie chciałam żeby widział, że płacze. Oznaczałoby to, że jestem słaba. Jego i tak by o nie ruszało. Był nieugięty. Zimny jak góra lodowa.
-Odpowiesz mi łaskawie czy będziesz ryczeć.?
Nie wydałam z siebie ani jednego dźwięku. Nie wiedziałam co niby mam mu powiedzieć. Cokolwiek powiem jest złe, a on dokańcza to swoją własną historią.
Harry wstał z parapetu i podszedł do mnie. Spuściłam wzrok. Mimo to zauważyłam już jego gniewną minę. Kolejne łzy spłynęły po moim policzku. Nie chciałam ich teraz wycierać i tak już je widział. Złapał za mój podbródek i uniósł głowę tak żebym mogła na niego spojrzeć. Zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć jak się na mnie złości. To był zły ruch. Poczułam mrowienie zmieszane ze szczypaniem na prawym policzku. Bolało jak cholera. Mogłam powiedzieć żeby przestał mnie bić, ale ja po prostu…bałam się go…tak, naprawdę się go bałam. Zadał kolejny cios. Był silny i zdążyłam się już o tym przekonać.
-No kurwa mów.!- krzyknął
-Przepraszam –w tej chwili popłakałam się jak małe dziecko.
Próbowałam go dotknąć. Delikatnie złapałam za jego rękę, on jednak się wyrwał. Chciałam go przytulić, ale on tylko pchnął mnie na łóżko i przygwoździł nadgarstki do materaca. Spojrzałam w jego oczy. Widziałam w nich teraz tylko i wyłącznie gniew. Spodziewałam się kolejnego ciosu.
-Nie bij mnie już.- poprosiłam mniemając wcale nadziei, ze to coś da
            A jednak. Chyba się skruszył albo po prostu mu się znudziło. Rozluźnił uścisk, a ja wyrwałam się szybko i skuliłam na drugim koncie łóżka. Łzy płynęły teraz jak dwie rwące rzeki. Zakryłam się pierzyną po samą szyje i schowałam twarz w dłonie. Harry nadal stał na swoim poprzednim miejscu. Już całkiem straciłam nadzieje, że położymy się dziś przytuleni do siebie.
-Lili…- usłyszałam jego delikatny ton.
Niewiarygodne jak ten chłopak szybko się zmieniał. W jednej chwili gotów był mnie zabić, a w drugiej przytulić i powiedzieć, że nigdy mnie nie zostawi.
***oczami Harryego
            Nie odzywała się do mnie i wcale się nie dziwie, przecież przed chwilą ją uderzyłem…po raz kolejny z resztą. Podszedłem do niej i ukucnąłem. Próbowałem ją dotknąć, powiedzieć coś, przytulić. Nie reagowała. To tak jakby ktoś zrobił pauzę w jej życiu. Poczułem coś ciepłego na policzku. To była łza, ale jak tu nie płakać skoro skrzywdziłem najważniejszą osobę w moim życiu. Odsunąłem jej dłonie by móc spojrzeć na jej twarz. Zacisnęła mocno powieki jakby bała się, że będzie musiała na mnie spojrzeć.
-Lili, przepraszam. –odezwałem się w końcu.
Pogładziłem wewnętrzną stroną dłoni jej policzek. Rozpłakała się mocniej. Usiadłem na łóżku i wziąłem jej drobne ciało na ręce. Posadziłem ją na swoich kolanach. Dopiero teraz zauważyłem czerwony ślad na jej twarzy. Nie wiedziałem, że umiem tak mocno walnąć…to znaczy miałem pojęcie, ze jestem silny, ale nie wiedziałem, że mogę tak mocno uderzyć ją. Myślałem, ze zrobiłem to delikatniej. Przytuliłem ją, a ona nawet nie odwzajemniła gestu.
-Lili, kochanie…przepraszam. Ja już ci tak więcej nie zrobię, obiecuję
Nawet się nie poruszyła. Jakby moja osoba już nic dla niej nie znaczyła. Jak ja mogłem ją tak potraktować.?! Przecież ją kochałem. Chciałem z nią być na zawsze…mieć z nią dzieci, a teraz…mogłem to wszystko zepsuć…jak już tego nie zrobiłem.
-Nasze dziecko też będziesz bił.?- przerwała ciszę obojętnym tonem.
-Nie –zaprzeczyłem szybko -Lili, ja już ci tak więcej nie zrobię. Obiecuję.
Potok łez się nie zatrzymywał. Po jej słowach przybyło ich więcej. Jak ona mogła pomyśleć, że będę bił naszą małą Darcy.?! To się więcej nie powtórzy. Nie byłbym w stanie podnieść ręki na nasze dziecko…chyba…po tym co zrobiłem nie jestem pewny.
-Nie obchodzi mnie to, że obiecujesz –wyrwała się z mojego uścisku i stanęłam naprzeciw mnie –Ty musisz się leczyć.! –wrzasnęła jakby w ogóle nie obchodziło jej to co w tej chwili czuję.
-Skarbie, o czym ty mówisz, przecież ja się zmienię –stanąłem naprzeciwko niej i ująłem jej twarzyczkę w dłonie.
-Bez specjalisty ty się nigdy nie zmienisz- odepchnęła mnie.
Gorzkie łzy zaszkliły się w jej oczach. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Ona chyba miała mnie za osobę chorą psychicznie. A przecież ja taki nie byłem. To był błąd, którego już nigdy nie popełnię. Mogłem jej to przysiąść. Tylko czy ona mi uwierzy.?
-Ale kochanie…-ponownie się do niej przysunąłem –Ja już ci tak nigdy…
-Nie wierzę ci- odpowiedziała beznamiętnym tonem –Idziesz jutro do jakiegoś psychologa albo to koniec.
Zamarłem. Ona chciała przekreślić naszą miłość. Przecież my mieliśmy już plany na przyszłość. Mieliśmy wziąć ślub, mieć dzieci…wszystko miało się tak świetnie ułożyć. Ona nie mogła tego skończyć. Nie teraz.
-Lili…
-Idziesz.?- zapytała stawiając krok do tyłu.
Skinąłem głową na znak zgody. Musiałem zrobić wszystko żeby nasze życie się ułożyło. Żeby nie odchodziła. Bez jej zgody wtuliłem ją w swój tors. Teraz ona także mnie przytuliła. Otarłem już całkiem mokre policzki i jeszcze mocniej ją do siebie przytuliłem. Nie chciałem żeby odchodziła. Była dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Nie mogłem jej stracić.
Wziąłem ją na ręce i położyłem do łóżka. Ułożyłem się tuż obok niej i okryłem nas pierzyną. Mocno ją przytuliłem, a ona położyła mi głowę na tors. Zacząłem bawić się jej blond kosmykami.
-Pójdziesz tam jutro ze mną.? Nie chcę iść sam –oznajmiłem cały czas patrząc się w sufit.
-Pójdę.
***oczami Lili
Obudziłam się dość wcześnie. Hazzy już nie było przy mnie, więc szybko poszłam wziąć prysznic. Zajęło mi to raptem kilka minut…nie wiem może jakieś dziesięć. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Czerwony ślad nie był już tak bardzo widoczny. Przypudrowałam go tylko i całkiem zniknął. Nie chciałam żeby chłopcy wiedzieli co się stało. Choć i tak pewnie wszystko słyszeli. Ubrałam się w koszulę w kratę i krótkie Dżinsowy po czym zbiegłam na dół. Chłopcy najwyraźniej grzebali coś przy aucie Liama. Nie chciałam im przeszkadzać, więc nawet nie zaglądałam do garażu. Poszłam na taras i tak jak wczoraj usiadłam na metalowej poręczy. Odchyliłam głowę do tyłu i rozkoszowałam się jesiennym powiewem. Usłyszałam otwierające się drzwi. Spojrzałam w ich kierunku.
No pięknie Louis. Jeszcze go tu brakowało. Widziałam jego delikatny uśmiech. Zapewne cieszył się naszą wczorajszą kłótnią. Próbowałam nie zwracać na niego uwagi i ponownie cieszyłam się z wiatru.
-Dlaczego ty z nim jeszcze jesteś.?- usłyszałam pytanie
-Nie rozumiem…skoro z nim jestem to chyba go kocham –odpowiedziałam szybko nawet na niego nie spoglądając.
Louis złapał mnie za nogę i pociągnął w dół, tak, ze teraz stałam z nim twarzą w twarz.
-Ty chyba nie wiesz, że wplątałaś się w toksyczny związek.
-Możesz mnie w końcu zostawić w spokoju. Kocham Harryego, a on kocha mnie i sorki, ale nie powinno cię to obchodzić. –zaakcentowałam ostatnie słowa
Chciałam już odchodzić. Jednak on złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Louis naparła na mnie całym ciałem i cofnęłam się o kilka kroków. Moje ciało dotykało teraz zimnej barierki.
-Jakby cię kochał to by cię nie bił. –stwierdził i na jego twarz wkradł się zwycięski uśmiech
-Nie bije mnie- skłamałam
            Pasiasty nie dał się nabrać. Przejechał palcem po barierce, która pokryta była poranną rosą i przyłożył mi go do policzka. Po jednym ruchu jego kciuka puder zmył się i odsłonił czerwony ślad. Oparł się o barierkę i wyczekiwał na moją odpowiedź
-On powiedział, ze się zmieni.-spuściłam wzrok
-Wierzysz w to.? –roześmiał się jakby to był jakiś żart
Wierzyłam Hazzie . Jeśli obiecał to chyba obietnicy dotrzyma. Z resztą dziś miałam z nim iść do tego psychologa. Będzie dobrze. Najgorsze jest to, że chłopcy o tym wiedzą…poprawka… najgorsze jest to, ze Louis wie. On nie odpuści ani mi, ani Hazzie. Chciałam wejść z powrotem do salonu jednak on ponownie zagrodził mi przejście.
-Gdybym to ja był na jego miejscu to bym cię nie bił. Nie zasługujesz na to.
-Gdybym jej czegoś nie obiecał to już byś nie żył. –usłyszałam głos dobiegający z domu.
Louis odskoczył od mnie i dopiero teraz zauważyłam Harryego, który oparty jest o próg wejścia. Chłopak podszedł do mnie i ucałował w poraniony policzek.
-Następnym razem dyskretniej wygłaszaj swoje opinie co do mnie.
Curly splótł nasze dłonie i zadowolony, że Louis teraz nawet się nie rusza wprowadził mnie do domu. Ruszyliśmy do kuchni. Tam było już przygotowane śniadanie. Zjedliśmy je w pośpiechu i szybko ruszyliśmy do auta. Nawet nie zdążyliśmy pożegnać się z chłopcami. Ja i tak wolałabym uniknąć spotkania z nimi. Dojechanie do domu zajęło nam ledwie pięć minut. Chłopak szybko otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Hazz postawił moją walizkę dość sporych rozmiarów przy sofię. Sama bym ją wzięła, ale była dość ciężka.
-No ubieraj się, tylko szybko.
-Chcę jeszcze pospać. –rzuciłam się na sofę i zamknęłam oczy.
Byłam naprawdę zmęczona. O ile się nie mylę zegarek wskazywał około ósmej. Powieki same mi się zamykały. To moja wina, ze zachciało im się horrorów i późno położyliśmy się spać.?
            Loczek chyba miał inne plany co do mojej osoby. Poczułam ostre pazurki na swojej głowie i później plecach. Dusty zeskoczyła ze mnie i ułożyła się przy mojej ręce. Krótko się zaśmiałam chcąc sprowokować Hazze.
-Myślałem, ze będę mieć sprzymierzeńca, a ona najwyraźniej mnie nie lubi –pogładził mnie po plecach.
-Nie martw się. –odwróciłam do niego twarz –To nie chodzi o to, ze ona cię nie lubi, po prostu najwyraźniej mnie kocha bardziej. –wytłumaczyłam mu uśmiechając się z odniesionego zwycięstwa
-Dobra, dobra…zobaczymy jak ją nakarmię, a teraz biegnij na górę się ubierać. –ponaglił mnie
-Muszę.?- jęknęłam jak małe dziecko
-Obiecałaś pójść ze mną, a wizytę mam na ósmą. Zostało ci jedenaście minut. Spiesz się.!
            No dobra. Wierzyłam mu, ze pójdzie do tego psychologa, ale nie wiedziałam, że od razu na drugi dzień. Zależało mi  na tym i to bardzo, bo bądź co bądź chodzi też tu o moje życie. Przecież każdy dobry psycholog w Londynie terminy ma zapisane na pewno na jakieś dwa lata…nie wiem nigdy się nie leczyłam, ale czekanie na wizytę na pewno trochę by zajęło.
-Jak ty żeś to zrobił tak szybko.?- zdziwiłam się
-Kochanie chyba zapomniałaś, ze jestem Harry Styles.! –radośnie pokazał mi rządek białych ząbków.
Wzięłam z walizki coś do ubrania i ruszyłam na górę. Po drodze otrzymałam od Hazzy klapsa w tyłek. Nie znam się na facetach, ale to chyba poprawia im humor.
            Włożyłam na siebie białą sukienkę w granatowe groszki i baletki tego samego koloru. Włosy uczesałam w kłosa, którego przełożyłam na prawy bok. Nałożyłam jeszcze puder na policzek i zeszłam na dół.  Hazz już czekał ubrany w czarne rurki, białą bluzkę i czarną granatową marynarkę. Splotłam nasze dłonie i ruszyliśmy do auta. Droga na miejsce była krótka, zajęła nam jedyne dziesięć minut. Dobrze, ze psycholog jest blisko mogliśmy do niej jeździć w razie jakiegoś…wypadku.
            Weszliśmy do dość dużego budynku i skierowaliśmy się do recepcji. Pani siedząca za ladą pokierowała nas do drzwi z napisem Dr.Joley zapukaliśmy do białych drzwi i po chwili usłyszeliśmy przyjazne „Proszę”. Hazz złapał za klamkę jednak się zawahał. Wiedziałam, ze się stresuje. Widać to było już a aucie. Cmoknęłam go w policzek i życzliwie się uśmiechnęłam. Weszliśmy do środka i skierowaliśmy się do kobiety w średnim wieku, która siedziała za biurkiem. Podaliśmy sobie dłonie i usiedliśmy na wskazanych miejscach.
-Więc co was do mnie sprowadza.?- zapytała odkładając jakieś papiery z biurka do szafki obok.

-Chodzi o to…-zaczął niepewnie -Bo ja mam problemy z agresją 

1 komentarz: