Ostrzeżenie.!!!

Na blogu mogą znajdować się wulgaryzmy jak i momenty +18. Jeśli nie chcesz nie czytaj.!!! Nieprzyjemne komentarze na ten temat od razu usuwam.! Proszę też nie zwracać uwagi na błędy w pisowni (ortografia jak i interpunkcja), próbuje by takie nie znajdowały miejsca na mojej stronie. Za wszelki niepoprawności PRZEPRASZAM.!!!

środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział 27 „Miłość to ból”



                        Rozdział 27 „Miłość to ból”
            Ucieszyłam się. Samo to, że chciał tu przyjść wymagało od niego poświęcenia, a kiedy musiał to powiedzieć…z pewnością nie było to łatwe. Splotłam nasze dłonie by choć trochę bardziej był pewny siebie. Pani Joley założyła okulary i wyciągnęła jakiś notes z szufladki w biurku.
-Rozumiem, a jak przejawia się ta agresja.?-
-Ja wpadam w szał i krzywdzę bliskich –spuścił wzrok
Mocniej ścisnęłam jego dłoń i życzliwie się do niego uśmiechnęłam. Chłopak uniósł kącik ust i ponownie uniósł głowę.
-Kiedy pan wpada w taki szał.?
-Przeważnie kiedy jestem zazdrosny lub z kimś się naprawdę mocno pokłócę.
-I kiedy panu mija.?- zadała kolejne pytanie
-Przeważnie kiedy mnie odciągną lub kiedy widzę, że kogoś naprawdę to boli.
            Przypomniałam sobie wczorajszą sytuację. Rzeczywiście Hazz przestał dopiero wtedy kiedy ja już całkiem straciłam nadzieję, że on przestanie. Kobieta zapisała coś z notatniku i padło kolejne pytanie
-Często się to panu zdarza.?
-Tak, ostatnio bardzo często.
Doktor przeprowadziła jeszcze parę pytań…typu „Jak się pan czuje w ostatnich dniach.?”, „Co pana najmocniej irytuje”, a później wyprosiła mnie z sali. Rozumiem musiała z nim przeprowadzić rozmowę w cztery oczy. Na korytarzu czekałam chyba pół godziny. W końcu Hazz wyszedł z jakimś świstkiem w ręce. Poszliśmy na parking.
-O co chodzi z tym papierkiem.?- zapytałam wsiadając do auta.
-Dała mi receptę na jakieś leki uspakajające i musimy kupić zeszyt. –odpowiedział odpalając samochód jednym ruchem nadgarstka.
-Po co ci zeszyt.?
-Mam tam zapisywać kiedy się wkurzy czy coś.
            Wyjechaliśmy z parkingu i pierwszym naszym celem była apteka, a później jakiś sklep gdzie Hazz mógłby kupić zeszyt. Wybrał sobie nawet specjalny długopis, bo jak twierdzi będzie mu się lepiej pisało. W domu byliśmy dość późno. Kiedy weszłam do kuchni zegarek wskazywał czternastą trzy. Zabrałam się więc za przygotowywanie obiadu dla nas. Postanowiłam zrobić Lasagne. Kiedyś robiłam je, ale to jeszcze jak mieszkałam w Polsce. Teraz jakoś nie miałam okazji. Nakryłam do stołu i zawołałam Hazz na kolację. O dziwo cały czas siedział na górze. Nałożyłam mu jak i sobie lasagne na talerz i przyniosłam nam szklanki z  wodą gazowaną.
-Pycha.!- jęknął Hazz
Nie wiedziałam, że aż tak bardzo lubi jęczeć, ale ok. Zmierzwiłam mu włosy i dałam całusa w policzek.
            Po kolacji umyłam naczynia i nastawiłam pranie. Harry koniecznie chciał żebym wyprała mu jego ulubione dresy. Wzięłam na dole szybko prysznic i owinięta ręcznikiem ruszyłam na górę. Musiałam się trochę przepłukać po tym spotkaniu z psychologiem. Czekając na Hazz na tym korytarzu byłam chyba bardziej zdenerwowana niż on w środku.  Chłopak leżał na łóżku w samych spodniach. Trzymał sobie laptopa na klatce piersiowej i zapewne szukał czegoś w Internecie. Położyłam się obok niego chcąc zobaczyć co go tak interesuje.
-Coś się stało.?- zapytał jakby nie był przyzwyczajony do przytulania
-Chciałam cię tylko przytulić. –pogramoliłam się na swoim miejscu wybierając najbardziej dogodną pozycje.
Hazz uśmiechnął się tylko i odłożył laptopa na szafkę nocną i odwrócił się twarzą do mnie. Cmoknęłam go w nos i chciałam wstać z łóżka. Jednak ten złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
-Gdzie uciekasz.? –ukazał mi rząd białych perełek i złączył nasze usta w pocałunku.
-Muszę się brać.- zmierzwiłam mu włosy
Chłopak zdjął ze mnie ręcznik i rzucił go gdzieś w kat. Szczerze, nie miałam teraz na to ochoty. Dziwne, ale po prostu nie miałam. Była dopiero szesnasta. Wieczorem to tak, ale nie teraz. Niech się chłopak trochę pomęczy.
            Przekręciłam go tak, ze to teraz on był pod mną. Pocałowałam go krótko i zeszłam. Wyciągnęłam z szafy bieliznę i szybko ją ubrałam. Hazza wstał i przytulił nie od tyłu. Usta skierował na szyje. On chyba nie rozumiał słowa „nie”.
-Harry, nie teraz. –odsunęłam się ubierając rozciągniętą koszulkę z dużym napisem „LOVE”
-Jak nie teraz…- nie odpuszczał.
Loczek złapał mnie w pasie i rzucił na łóżko. Zdjął ze mnie koszulkę i zaczął całować okolice dekoltu
-Harry, nie chcę…-poderwałam się do pionu, a Hazz zrobił to samo
-Co znaczy „nie chcę”.?!- przerwał mi
-Nie teraz. Mówiłam ci
-Ale ja chcę- oznajmił jakby moje zdanie się dla niego nie liczyło i jego usta ponownie odnalazły moją szyje.
-Harry. Nie rozumiesz.? Nie chcę- chłopak coraz bardziej mnie irytował
-O co ci znowu chodzi.?- wściekł się
-Po prostu jest dopiero szesnasta i w ogóle nie mam na to sił. –wytłumaczyłam mu spokojnie
-A może ktoś cię pukał tam na dole.?!- wrzasnął
Zdziwiłam się „lekko” jego zachowaniem. Znów mu coś odbijało. Odsunęłam się od niego na kilka kroków. Z mojego doświadczenie wkurzony Hazz to nie najlepszy sygnał. Chłopak jednak podszedł do mnie bliżej. Nie rozumiałam go, przecież gdybym cos z kimś robiła to chyba by usłyszał, a w ogóle, przecież mam jego. Po co mi kto inny.?!
-Harry, dobrze wiesz, ze to nie prawda. Uspokój się- próbowałam załagodzić sytuacje.
-Uspokój się.?!- krzyknął –Jak mam być spokojny kiedy ty najpewniej puszczasz się na prawo i lewo.!!!
Przeraziłam się. Najprawdopodobniej zaraz mi się oberwie, a przecież to tylko jakieś bezpodstawne oskarżenia. Ja bym go nigdy nie zdradziła. Kocham go.
-Harry, ale ja tylko z tobą…
-Myślisz, że ja się na to nabiorę.?! –podniósł głos po raz kolejny
-Ale Hazz, przecież to prawda- odpowiedziałam delikatnie się od niego odsuwając.
-Nie uciekaj od mnie, bo jak cię za te kudły złapie to je kurwa stracisz..!
Chłopak złapał mnie za rozpuszczone włosy i pociągnął bliżej siebie. Wpadłam na niego i otrzymałam siarczystego ciosa w policzek. Pod wpływem jego siły upadłam na podłogę. Zamknęłam oczy i poczułam ogromny ból w okolicy brzucha. Curly złapał mnie za koszulkę i uniósł do góry. Szarpnęłam się mocno, a w efekcie uwolniłam od stanowczej ręki Loczka. Pobiegłam do łazienki. Przekręciłam szybko kluczykiem w drzwiach. Chłopak cały czas w nie walił. Krzyczał coś, ale byłam tak przestraszona, że nie zwracałam na to uwagi. Naparłam na drewno z całych sił. Sama nie wiem co miało mi o dać. Harry tak czy inaczej tu nie wejdzie. Hazz po jakimś czasie się uspokoił i zostawił mnie w spokoju. Osunęłam się na podłogę. Nie wiedziałam co w niego wstąpiło. Byłam w takim szoku, ze nawet nie mogłam płakać
Łzy przyszły dopiero po jakimś czasie. Nie potrafiłam ich już powstrzymać, przecież ja nic nie zrobiłam. Dlaczego znów mnie uderzył. Co ja znowu zrobiła źle.?! Nawet nie poczułam kiedy moje policzki znów zrobiły się suche. W całym domu panowała okropna cisza. Jak dla mnie Hazz gdzieś wyszedł lub siedzi na dole, ale gdyby tak było to włączyłby telewizor. Jednak bałam się wyjść. Jeśli on tam jest to oberwie mi się dwa razy mocniej. Musiałam upewnić się, ze go tam nie ma. Z tego co wywnioskowałam minęło kilka godzin. Nawet jakby on tam był to by mu przeszło…chyba. Otworzyłam drzwi od łazienki i chwyciłam z sypialni poduszkę, koc i wyciągnęłam pierzynę z szafy. Wrzuciłam to wszystko do łazienki, a później zeszłam na dół po cos do picia. Na szczęście nie było go tam. Wybrałam dwu litrową butelkę wody i znów wróciłam do łazienki na górze gdzie spędziłam noc.
Obudziłam się najpierw nie kojarząc gdzie jestem. Dopiero później przypomniało mi się wczorajsze zdarzenie. Zrzuciłam z siebie pierzynę i wyszłam z łazienki. Loczka nie było w łóżku. Zeszłam na dół. Curly siedział na sofię. O ile się nie mylę to płakał. Gdy tylko mnie usłyszał wstał z sofy i ruszył do mnie. Bałam się. Zakryłam twarz dłońmi, ale on mnie przytulił. Czyli mu przeszło. Odwzajemniłam gest.
-Przepraszam, ja nie wiem co we mnie wstąpiło…ja już nie będę –rozpłakał się mocniej
Mocniej wtuliłam się w ciało Hazzy. Wierzyłam mu. Przecież obiecał. Wszystko się zmieni…na pewno.
***dwa miesiące później.
Powiem szczerze. Nic się nie zmieniło. Jest jeszcze gorzej niż było dwa miesiące temu. Te wizyty u psychologa nic nie dają. Żadna terapia nie jest mu chyba w stanie pomóc. Coraz częściej chowam się przed nim. Nie wiem co mam robić. Harry przestał odwiedzać chłopców. Oni nie przyjeżdżają do nas. Nic…zero kontaktu. Louis jedynie czasami dzwoni do mnie z pytaniami jak się mam, ale to jeszcze pogarsza sprawę. Hazz cały czas opowiada mi o naszym domniemanym związku. To już robi się chore.
            Robiłam właśnie dla niego kolacje. Nałożyłam mu stertę kanapek na talerz i zaniosłam do salonu. Podałam mu je najostrożniej jak umiałam i usiadłam obok niego, ale na pewien dystans.  Wziął jedną i odstawił talerz na stolik. Znów przeglądał coś w Internecie. Już dawno zauważyłam jego podkrążone oczy, dużo spał. Nawet w dzień zdarzało mu się przespać parę godzin. Chłopak sięgnął po kolejną kanapkę. To dobrze. W ostatnich czasach bardzo mało je. Potrafi chodzić dwa dni bez jakiegokolwiek posiłku. Schudł i to mocno, ale pewnie stresuje się koncertami czy czymś. Ostatnio bardzo dużo pracuje nad swoim wokalem. Coraz częściej chodzi na próby. Co się dziwić. Niedługo ich trasa koncertowa. To pewnie dlatego jest przemęczony i tak dużo śpi. Może jeśli wyjedzie na ten miesiąc to się troszeczkę uspokoi i nie będzie już robić tego co robi.
Oddaliliśmy się od siebie. Śpimy odwróceni do siebie, nie rozmawiamy. Mijamy się po prostu. Niedawno jeszcze próbowałam go przytulać albo coś, ale on mnie odpycha. Nie chce mieć ze mną jakiegokolwiek kontaktu. Brakuje mi tego dawnego Harryego. On znikł i boję się, że nigdy nie wróci. Chłopak dojadł trzecią kanapkę i wyłączył laptopa. Odłożył go na stolik i poszedł do łazienki. Do wyjazdu zostało im zaledwie dzień, bo już jutro, dokładniej o szóstej wyjeżdżają do L.A. Poszłam go spakować. Wolałam nie dostać ochrzanu za to, ze zapomniałam o jego przygotowaniu.
Wyjęłam z szafy walizkę i zaczęłam wkładać do niej poszczególne rzeczy. Koszulki, spodnie, ręczniki…wszystko. Poszłam do łazienki po sztoteczke do zębów, pastę, szampon, żel pod prysznic…ogólnie rzeczy do podstawowej higieny. Ułożyłam mu to wszystko w walizce. Zapomniałam jedynie o jego ulubionej marynarce. Zabił by mnie chyba gdybym jej nie spakowała. Leżała ona na dnie szafy. Chwyciłam ją za róg i wyjęłam. Niestety wszystko z kieszeni się wysypało. Trochę drobniaków, kluczyki od auta, które niby ukradłam, ale Hazz to Hazz jemu nie wytłumaczysz, chusteczki i…torebka foliowa z jakimś białym proszkiem. Przestraszyłam się. Czyżby Harry…nie.! On nie jest ćpunem, ale to by wyjaśniało to wszystko i …STOP… Hazz na pewno nie jest taki głupi. Nie wierzę w to. Może to po prostu jakiś…nie wiem…proszek do prania…wybielacz…oranżada w proszku…wszystko, ale nie narkotyki.
Usłyszałam jego kroki. Schowałam torebeczkę do kieszeni od spodni i zabrałam się za składanie jego marynarki. Chłopak wszedł do pokoju i rzucił się na łóżko i wziął telefon do ręki. Najpewniej żeby ustawić budzik. Dziś nie był tak agresywny, więc pomyślałam, ze z nim porozmawiam. Zamknęłam jego walizkę i usiadłam obok niego.
-Nie możesz już się doczekać kiedy wyjeżdżam, co.? –spytał szturchając mnie w bok.
-Nie tylko chciałam żeby wszystko było gotowe na twój wyjazd. –odpowiedziałam cicho. –Będę za tobą tęsknić, wiesz.?
Hazz nic nie odpowiedział. Odłożył telefon na szafkę nocną i okrył się pierzyną. Brakowało mi jego ciepłego głosu, słodkich pocałunków, delikatnego dotyku…wszystko poszło się jebać, że tak powiem. Chciałabym choć raz go przytulić, ale to jest już chyba niewykonalne.
-Harry…-zaczęłam cicho, chłopak okręcił się tylko w moją stronę i z zniesmaczoną miną czekał na dalszy ciąg mojego zdania. –Czy ty mnie jeszcze kochasz.?
-Głupie pytanie. –burknął i ponownie odwrócił się do mnie plecami.
-Proszę, odpowiedz
-Tak.! Zadowolona.?
Westchnęłam tylko cicho. Wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie przyjemna, ale musiałam kontynuować. On musiał mi powiedzieć co to jest. Przecież to nie mogą być narkotyki. Wykończyło mnie to jego całe zachowanie. Bałam się, ale musiałam dowiedzieć się prawdy. Skatuje mnie, ale jutro wyjeżdża to zdążę coś wymyślić. Wyjęłam torebeczkę z białym proszkiem i rzuciłam mu ją przed twarz.
            Curly chwycił ją w dłoń i momentalnie się poderwał. Widziałam jaki był zły. Jego oczy zaszły mgłą, z resztą już dawno straciły swoją zieleń. Chwycił mnie za nadgarstek i mocno do siebie przyciągnął.
-Skąd to masz.?!- krzyknął
-Co to…
-Kurwa, skąd to masz.?! Znów mam ci pokazać gdzie twoje miejsce.?!
-Co to do cholery jest.?! –pierwszy raz podniosłam głos w jego kierunku
Teraz było mi już wszystko obojętne. Miałam to wszystko gdzieś. Jeśli to są narkotyki to…to będzie koniec. Nie mogę wiązać się z kimś takim. Rozstanę się z nim albo…albo pomogę…nie wiem.  Loczek uniósł rękę szykując się do wymierzenia ciosu. Złapałam za jego nadgarstek i pociągnęłam w dół. Nie wiem skąd we mnie tyle odwagi. Może po prostu bałam się o siebie jak i o niego.
-Nie masz prawa mnie bić.!- wrzasnęłam odpychając go od siebie.
Chłopak ostudził swój zapał i ponownie położył się do łóżka. Szarpnęłam za pierzynę ściągając ja w dół.
-Powiedz mi co to jest.!- wrzasnęłam
-Nie chce mi się z tobą gadać. Muszę rano wstać.
Hazz wyrwał mi kołdrę i ponownie ułożył się do snu.
            Miałam go dość. Teraz już byłam pewna co do tego, ze to narkotyki. On jest nie poważny. Sława uderzyła mu do głowy, przecież w każdej chwili mogli dowiedzieć się o tym fotoreporterzy i wtedy to byłby koniec 1D. Wzięłam jedną z poduszek i koc. Dziś postanowiłam spać na sofię. Choć tak mogłam oddalić się od tego idioty. Wyciągnęłam telefon z kieszeni od piżamy i odłożyłam go na stolik. Nastawiłam sobie budzik na piątą tak by jeszcze zdążyć zrobić Hazzie śniadanie. Poszłam szybko pod prysznic i ubrałam na siebie luźną, miętową koszulkę, zwykłe dżinsy i siwy komin.
            Poszłam do kuchni gdzie przyrządziłam Hazzie  naleśniki z syropem klonowym, tosty, płatki owsiane i herbatę z mlekiem. Nakryłam do stołu i poszłam obudzić Loczka. Wstał, bo kilku szturchnięciach i bez słowa zszedł na dół. On poszedł do kuchni, a ja zostałam w salonie oglądając jakiś film. Dochodziła już szósta. Hazz miał się stawić jeszcze na odprawę. Poszłam po jego walizkę i zniosłam ja na dół. Chłopak właśnie zakładał swój płaszcz.
-Dziękuje. –usłyszałam jego słodką chrypkę
Nie odpowiedziałam. Szczerze, to chciałam żeby jak najszybciej wyszedł z domu i znikł na miesiąc. Miałam już tego wszystkiego dość. Najpierw robi mi awantury, później biję, a na końcu są słodkie przeprosiny, a ja głupia dałam się nabierać. Za każdym razem, ale tego dość. Będę go olewać tak jak on mnie przez ostatnie dwa miesiące. Podałam mu jego telefon i czekałam aż przyjedzie taxi. Zjawiła się ona po jakiś siedmiu minutach.
-Pocałujesz mnie
-Idź już. –otworzyłam mu szerzej drzwi i wskazałam ruchem ręki na samochód.
-Kocham Cię. Będę tęsknił. –próbował mnie przytulić jednak ja odepchnęłam go ręką i podałam rączkę walizki do ręki.
            Odszedł zrezygnowany. Kiedy wsiadł do taxi pomachał mi jeszcze, ale ja zamknęłam drzwi. Nie chciałam go widzieć. Rozkleiłabym się jeszcze i pobiegła do niego. Chciałam być stanowcza. Skrzywdził mnie, jak i siebie. Musiałam położyć temu kres. Zobaczyłam odjeżdżającą taksówkę. Nie mogłam powstrzymać łez. Moja miłość właśnie odjeżdża od mnie na cały miesiąc. Mam być sama w tym pustym domu. Mogłam się z nim pożegnać, przytulić, ale…po prostu nie mogłam. Usiadłam na sofię. Miałam tego dość. To wszystko jest okropne, a znikąd wsparcia. Chłopcy pojechali, rodzice mają własne życie, z mamą Hazzy wolałam się nie kontaktować, a moje przyjaciółki mają ważniejsze sprawy niż moje problemy.
Moje policzki stały się już całe morkę. Jak ja mogłam do tego dopuścić.?! Przecież mogłam temu zapobiec… Hazz nie musiał brać. Tylko gdybym zadziałała, ale ja nie widziałam co się dzieje z moim Harrym. Jak.?! Byłam z nim dwadzieścia cztery na dobę. Kiedy on zdążył to wszystko kupować, chować…brać.?!  Niedawno było tak dobrze. Mieliśmy plany, chcieliśmy wziąć ślub i mieć dzieci. To przez mnie Hazz zaczął brać. Gdybym od razu się na to zgodziła, a on na pewno się tym wszystkim stresował. Pewnie bał się, ze go zostawię. To nie musiało się stać gdyby nie ja. I co teraz będzie.?! Mam pozwolić na to by zaćpał się na śmierć.?! Ja go kocham…nie mogę go stracić…
Poszłam do łazienki. Obmyłam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Co się ze mną stało.? Kiedyś wszystko wydawało się piękne…Teraz na każdym kroku czai się ból. Kiedy Hazz mnie jeszcze nie bił było dobrze. Dało się przeżyć, bo miało się przy sobie takiego faceta jak on…a teraz.? Teraz nie mam po co żyć. No bo niby co mnie trzyma przy tym cholernym świecie… wyzwiska kierowane w moją stronę, ból, samotne noce, chłopak narkoman.?!... szczerze, tylko dlatego się nie zabiłam. Jego da się zmienić. Każdego da. Te sesje z Dr.Joley nie przynosiły skutku dlatego, że to narkotyki były jego problemem, a nie problemy psychiczne. Otworzyłam szufladę i moim oczom rzuciły się błyszczące ostrza. Chwyciłam jedną do ręki. Nigdy nie pomyślałabym nawet, ze mogę to zrobić, ale dzisiaj…jestem cieniem człowieka. To chyba dobry pomysł. Ulży mi.
Przyłożyłam żyletkę do nadgarstka. Poczułam zimno. Zamknęłam oczy. Niby miałam tylko pociągnąć, ale się bałam. Po prostu mam coś do stracenia, dlatego nie mogę tego zrobić. Nabrałam powietrze do ust i pociągnęłam metal. Poczułam ból…ból i ulgę. Zamieniłam ból psychiczny na fizyczny. Ciepła krew rozlała się po ręce. Zrobiłam to jeszcze raz i kolejnym. Na ręce widniał teraz znak „H” . Dla niego…

1 komentarz: