Ostrzeżenie.!!!

Na blogu mogą znajdować się wulgaryzmy jak i momenty +18. Jeśli nie chcesz nie czytaj.!!! Nieprzyjemne komentarze na ten temat od razu usuwam.! Proszę też nie zwracać uwagi na błędy w pisowni (ortografia jak i interpunkcja), próbuje by takie nie znajdowały miejsca na mojej stronie. Za wszelki niepoprawności PRZEPRASZAM.!!!

niedziela, 1 września 2013

Rozdział 28 „Wina”



                                   Rozdział 28 „Wina”
            Otarłam czerwoną ciecz, która spływała mi po dłoni. Zdezynfekowałam rany i przyłożyłam do niego gazę. Owinęłam nadgarstek bandażem. Nie wiem czemu to zrobiłam. Teraz wydawało mi się to głupie, ale wtedy…to była ulga. Taka jakiej nigdy nie przeżyłam. Westchnęłam głośno i otarłam łzy. Miesiąc…miesiąc mam czekać aż go przytulę. Jeśli w ogóle się to stanie. Może to była ostatnia szansa na poczucie tego ciepła bijącego od jego ciała. Brakował mi go choć nie widziałam go zalewie kilka minut. Poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam piwo. Nigdy prędzej go nie piłam. Jego smak mnie odrzucał. Takie gorzkie zimne coś… Otworzyłam butelkę i upiłam łuk cieczy. Musiałam sprawdzić ile tego ma Hazz, przecież nie trzymał w sekrecie tylko jednej torebeczki…na pewno. Po raz kolejny uraczyłam swoje gardło zimną cieczą i ruszyłam na górę.
            Zaczęłam przeglądać jego rzeczy. Wiem to nie zbyt fair, ale musiałam sprawdzić czym on się katuje. Przejrzałam jedną szafkę, drugą, trzecią i nic… Położyłam się na podłodze. Miałam już tego wszystkiego dość. Ten ruch był dość korzystny, bo spostrzegłam folijkę wystającą z pod łóżka. Wyciągnęłam ją jednak po łóżkiem niczego więcej nie znalazłam. Podniosłam więc materac. Było ich więcej. Mogę jasno powiedzieć, ze chyba z dziesięć działek. Najwyraźniej robił zapasy…chomik pierdolony. Chwyciłam to wszystko i poszłam do łazienki. Otwierałam każde opakowanie po kolei i wszystko wysypywałam do toalety. Spłukałam i z zadowoleniem patrzyłam jak to całe gówno spływa do ścieków.
***półtora tygodnia później.
            Skończyłam właśnie sprzątać dom. Miałam trochę czasu dla siebie. Po tym jak Hazz wyjechał było mi lżej. To nie zmienia jednak faktu, że go kocham i tęsknie, ale bez niego jest mi jakoś….łatwiej. Usłyszałam dźwięk swojej komórki. Zgramoliłam się z wygodniej sofy i wyłączyłam telewizor. Wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
-Lili, musisz tu natychmiast przyjechać.! –wrzasnął ktoś po drugiej stronie nie pozwalając mi się nawet przywitać.
-Lou to ty.?! Mówiłam ci żebyś do mnie nie dzwonił. Oberwie ci się od Ha…
-Właśnie chodzi o Hazze.!- przerwał mi krzycząc do słuchawki –Jest w szpitalu –dokończył łagodniej
-W szpitalu.?! Co się stało.?!
-To nie rozmowa na telefon. Masz tu być za godzinę.! Rozumiesz.?!
-Tak, tak.! Oczywiście
Rozłączyłam się i zabrałam za pakowanie. Wzięłam małą walizkę i włożyłam najpotrzebniejsze rzeczy.
            Na lotnisko dojechałam taksówką. Nie zajęło mi to za dużo czasu. Podbiegłam do kasy biletowej i wykupiłam ostatni bilet do L.A. Miałam szczęście, bo lot miał się odbyć za pięć minut. Nie wzięłam za dużo bagażów, więc to też miałam z głowy. Wsiadłam do samolotu i teraz nie pozostawało mi nic jak czekać. Trudno Louis musi pogodzić się z tym, że w godzinkę nie dolecę. Lot musiał zająć dość czasu. Chyba nie jestem cudotwórcą. Do L.A. dojechałam w ponad jedenaście godzin. To i tak szybko. Ponoć leci się dwanaście. Z resztą nie wiem. Zadzwoniłam do Louisa, który podał mi adres szpitala. Po mimo tego, ze trasa do szpitala nie była długa, to czas strasznie mi się dłużył. W końcu dotarłam do celu. Wyskoczyłam z auta prawie zapominając o walizce. Chwyciłam ją szybko i wbiegłam do budynku. Louis siedział na recepcji. Zapewne na mnie czekał.
-Gdzie jest Harry.?
-Tam. –wskazał na jedną z sal.
            Zostawiłam przy nim walizkę i pobiegłam do wskazanego miejsca. Delikatnie uchyliłam drzwi od Sali i zobaczyłam go… Leżał całkiem wycieńczony. Pielęgniarka właśnie zmieniała mu kroplówkę. Przy nim siedzieli Zayn i Liam. Weszłam do środka i zajęłam miejsce obok nich. To wszystko go tak strasznie wycieńczyło. Był podłączony do jakiejś maszyny. Nawet nie wiem po co.
-Hazza, coś ty z sobą zrobił. –szepnęłam gładząc jego dłoń.
Po moim policzku spłynęła ciepła łza. Mój mały biedak i po co on się tym katował. Mógł żyć bez tego. Gdybym od razu zgodziła się na to wszystko zapewne nie było by tego. Musiał się naprawdę stresować skoro zaczął to brać.
-Przepraszam. –ścisnął mocniej moją dłoń, a z oczu wypłynęły mu dwie rwące rzeki.
Otarłam jego mokre policzki i cmoknęłam w nos. To nie była jego wina. Był zestresowany. Na pewno. Inaczej by tego nie wziął. Jestem tego pewna, przecież jest rozsądny. Nie wierzę, że mógłby to wziąć gdyby wszystko szło tak jak należy. Gdybym prędzej się na to zgodziła…
-Nie masz za co, ale Hazz musisz z tym skończyć. Zrób to dla mnie i dla samego siebie.
Chłopak skinął głową i mocniej się rozpłakał. Na pewno to wszystko go przytłaczało tak jak i mnie, a może nawet gorzej. Wstałam z krzesełka i mocno go przytuliłam.
            Po raz pierwszy od tych dwóch miesięcy poczułam ciepło bijące od jego ciała. Zapomniałam już jakie to wspaniałe uczucie. W końcu miałam go dla siebie. No może nie tak do końca, ale był mój. Kochałam tego idiotę i nawet jeśli wplątał się w to całe gówno to ja pomogę mu wyjść. Nie potrafiłabym bez niego żyć. Bez jego uśmiechu, oczu, loków…wszystko w nim sprawiało, ze nie chciałam go oddać. Nawet jeśli teraz jego oczy są sine i podkrążone, skóra przybrała siwy kolor, a włosy są proste i stoją w każdym kierunku to jest piękny, bo to ten sam Hazza. Pogładziłam go wierchem dłoni po policzku.
-Lili, ja się zmienię. Tylko mnie nie zostawiaj. –chłopak złapał mnie za ramie i ponownie do siebie przycisnął.
Jak on mógł pomyśleć, ze go zostawię.?! Byłam przy nim najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi po mimo tych wszystkich kłopotów. Wierzę w to, że niedługo stąd wyjdzie i będziemy oglądać SpongeBob’a zajadając się naleśnikami.  Poczułam coś mokrego na ramieniu. Hazz najwyraźniej tak mocno płakał, ze jestem teraz mokra. Hazz przekręcił się trochę i wargami dotknęłam jego kącika ust.  Loczek zadrżał. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale wpiłam się w jego usta nie czekając na jego reakcje. Może to tęsknota za jego bliskością…sama nie wiem, ale to cos było silniejsze od mnie. Curly odwzajemnił gest. Jego język próbował dostać się do środka moich ust. Rozchyliłam wargi i pozwoliłam mu na wtargnięcie do nich. Czubek jego języka dotknął mojego. Niesamowite uczucie. Oderwaliśmy się do siebie po tym jak do Sali wszedł roztargniony Niall
            Odsunęłam się troszeczkę od niego i delikatnie uśmiechnęłam. Móc znowu poczuć jego ciepłe wargi na swoich Liam i Zayn wyszli gdzieś pod pretekstem napicia się kawy. Jednak ich spojrzenia mówiły o wszystkim. Wyciągnęli ze sobą nawet Nialla, który znacząco się do nas uśmiechał. Blondyn poruszał jeszcze brwiami i podążył za przyjaciółmi. Co za durnie. Usiadłam na krześle i zaczęłam bawić się palcami Hazzy.
-Nie jesteś na mnie zła.?- usłyszałam zachrypnięty głos Loczka
Pokiwałam przecząco głową. Jak mogłabym być zła na Hazze. Chciałam być stanowcza, ale co zrobić jak przed tobą leży taki, taki…TAKI HARRY.!?  Na twarzy chłopaka widniał szeroki uśmiech.
-Lili, chłopcy zaprowadzą cię do hotelu. Wyśpij się. Jutro przyjdziesz. –zaproponował Hazza
Jaki on kochany. Pomimo tego, że to on właśnie leży na łóżku szpitalnym to martwi się o mnie i moje samopoczucie. Cmoknęłam go w nos i zmierzwiłam jego włoski.
-Może chcesz coś.?
Hazz pokręcił głową. Pożegnałam go jeszcze pocałunkiem i wyszłam.
            Chłopcy siedzieli przy automacie do kawy. Zayn właśnie siłował się z tą wielką puszką wydająca gorące napoje. Podeszłam do nich jednak zatrzymałam się w bezpiecznej odległości. A co jeśli oni mnie znienawidzili.?! Przecież to przez mnie Hazza zaczął brać. Cofnęłam się o krok, mając nadzieje, że jeszcze mnie nie widzieli. Niestety.
-Lili. –usłyszałam w połowie radosny głoś Nialla.
Irlandczyk podbiegł do mnie i uściskał z taką siłą, że o mało mnie nie zgniótł. Jego oczy były podkrążone, na twarzy widoczny był już delikatny zarost. Zapewne siedział tu przez noc. Na głowie panował nieład, jego blond włosy sterczały w każdą możliwą stronę. Reszta chłopców natychmiast znaleźli się obok mnie obdarzając czułymi uściskami. Wszyscy wyglądali jak Blondynek, oprócz Lou… ten jak zwykle wyglądał nienagannie. Czerwonek rurki i idealnie dopasowana biała koszulka, w granatowe paski powodowała, ze miałam czelność myśleć o nim jak o uroczym chłopaku. Fryzura dodawała mu jeszcze wdzięku, który potęgował jego uśmiech spowodowany moim widokiem. Odwróciłam wzrok by Louis nie zauważył, ze się na niego gapię. Skarciłam się w myślach za przypominanie sobie zarysu jego mięśni, które ujawniały się dzięki bluzce.
-Co się stało Harryemu.? –bez większych zastanowień wyrzuciłam te pytanie
Widziałam jak chłopcy reagują na te pytanie. Zayn spuścił głowę, Niall odwrócił wzrok, Liam aż usiadł na krześle, a Louis…
-Zmieszał amfetaminę z kokainą. –wyjawił bez zbędnych ceregieli
Niall szturchnął go w ramię. Chyba wiedział, ze będę załamana, jednak byłam gotowa na realia życia. Harry bierze i zawsze wiedziałam, ze z tego będą kłopoty.
-Wysłali go wczoraj na detoks, a teraz ma iść na odwyk. Chyba, ze się nie zgodzi. –dokończył po czym upił łyk kawy.
            Detoks.?! Ale takie coś ponoć trwa kilka miesięcy. Nie wiem nie znam się, ale kiedyś był w naszej szkolę taki chłopak, który brał i siedział tam trzy miesiące. Harry chyba bierze dłużej niż on. Wiem, Hazz musi tam iść żeby było dobrze. To jest konieczne i jeśli naprawdę mu na mnie zależy to, to zrobi. Jeśli mu w ogóle na mnie zależy. Może nie mam dla niego absolutnie żadnego znaczenia. STOP.! O czym ja w ogóle myślę. Na pewno Harry mnie kocha. Mówił mi o wiele razy. Ufam mu.
-Będzie dobrze. –Liam objął mnie ramieniem. –Jedźmy lepiej do hotelu na pewno jesteś zmęczona.
Skinęłam głową i wraz z chłopcami ruszyliśmy na parking. Hotel był niedaleko. Zayn przechwycił moją walizkę i weszliśmy do ogromnego budynku. Po recepcji krążyło wiele osób, tych w uniformie jak i gości. Nie miałam głowy do zachwycania się przestrojem pomieszczenia. Weszliśmy do windy, która zabrała nas na jedenaste piętro. Zayn otworzył pokój jednym ruchem nadgarstka. Ich apartament podzielony był na sześć pomieszczeń. Pierwsze z nich pełniło funkcję ogromnego salonu, a reszta pokoje dla chłopców.
-Zajmiesz pokój Hazzy. –oświadczył mi mulat.
Zgodziłam się bez gadania. Czarnowłosy zaprowadził mnie do pomieszczenia i odstawił walizkę przy dużej drewnianej szafie, która wbudowana była w ścianie. Zayn zostawił mnie samą. Wzięłam ręcznik i luźną szarą koszulkę Hazzy i ruszyłam pod prysznic. Gorąca woda dawała niezwykłe ukojenie spiętym mięśniom. Umyłam się swoim różanym żelem i po ponownie odkręciłam kurek. Po wszystkim wytarłam się w puszysty ręcznik i założyłam koszulkę. Pomieszczenie intensywnie pachniało Harrym. Zdziwiłabym się gdyby tak nie było. To przecież jego pokój. Weszłam pod pierzynę, która otuliła mnie sobą jak i niezwykłą wonią perfum Hazzy.
            Ułożyłam się wygodnie i już chciałam zasnąć kiedy coś ukuło mnie w biodro. Odkryłam się i zauważyłam niebieski zeszyt z czarnym kotem na okładce. Był to ten sam, w którym Hazz pisał o swoich „furiach”. Nie powinnam go czytać, ale musiałam dowiedzieć się co powodowało w nim taką agresje. Niechętnie otworzyłam zeszyt. W końcu to ego własność. Zapisywał tam swoje przemyślenia i w ogóle. Nikt nie mógł go dotykać, ale ja musiałam się dowiedzieć kogo to wina. Kto powodował w nim tyle agresji. Skierowałam wzrok na pierwsze zapisane litery „To wszystko przez nich…”













Hej. Dawno mnie nie było, ale sytuacja uspokoiła się trochę mi mogę wracać do pracy. Oczywiście teraz nadchodzi czas szkoły i dochodzą lekcje jak i nauka w domu, więc będzie trochę trudniej pisać. Oczywiście będę starać się dwa razy mocniej by wstawiać posty na czas. :D

2 komentarze: