Rozdział 29 „Koniec”
„To wszystko przez nich, nie mogę normalnie myśleć widząc ich razem czy
nawet osobno. On robi wszystko żeby mi ją zabrać, a ja jestem bezradny. Mogę
tylko stać i patrzeć jak mu ulega. Wiem, ze ona mnie kocha, ale także, ze kocha
jego Zawsze tak był. Już na pierwszym spotkaniu to Louis był obiektem jej
westchnień. Ja byłem odstawiony na bok. Nienawidzę go. Nie wiem czy można
kochać i nienawidzić, ale ja chyba to czuję. Kocham ją, ale mam ochotę zamknąć
w piwnicy i nie wypuszczać żeby nie mógł na nią spojrzeć żeby nie mógł jej
dotknąć. Zapewnia mnie, że mnie kocha, ale to chyba nie jest prawdziwe. Mówi
tak, bo wie, że bez niej nie wytrzymam, że bez niej się zabiję.”
Zamknęłam
szybko pamiętnik Harryego i odłożyłam go do szafki nocnej. To przez mnie. On
myślał, że kocham Lou, ale dlaczego.?! Jego darzę uczuciem, nie tego pasiastego
idioty, który na każdym kroku próbuje popsuć moje szczęście. Otarłam samotną
łzę i opadłam na poduszki. Może nie pokazywałam, że mi na nim zależy… ja nawet
tego nie mówiłam. W ostatnich czasach było ciężko choćby powiedzieć mu, ze go
kocham, a co dopiero pokazać mu to. Jak ja mogłam być tak ślepa.?! Zaczął brać,
bo był zazdrosny. Chciał się od tego wszystkiego odciąć. Zapomnieć jak ja i jego
najlepszy przyjaciel krzywdzimy go, nieświadomie. Louis mógł w końcu odpuścić,
ale jest zbyt uparty. Musi ostać to co chcę albo wykończy cię psychicznie. Przez ostatnie dwa miesiące nawet go nie
dotknęłam, a przez ten czas Loui dzwonił codziennie. Nigdy nie odbierałam. Para
razy zdarzyło się, że Harry odrzucał połączenie bez mojej najmniejszej zgody.
Był pewny, że go nie widzę albo śpię. Muszę mu pokazać, że go kocham. Nieważne
jak byle mu to pokazać. Zasługuje na to.
Przymknęłam powieki i zmusiłam się
do snu, który po długim locie był mi bardzo potrzebny. Przyszedł bardzo szybko.
Praktycznie po tym jak zamknęłam oczy. Śnił mi się Harry. Ten dawny…szczęśliwy,
uśmiechnięty. Biegał po naszym domu w otoczeniu kilku kotków. Cóż mam porazić.
Kocham go i nawet w śnie nie potrafię o nim zapomnieć.
-Lili… -usłyszałam czyjś
melodyjny głos. Ktoś poruszył moim ciałem na co ja tylko przekręciłam się na
drugi bok. –Lili.!- ktoś uniósł się coraz mocniej wstrząsając mną.
W końcu podniosłam się do pozycji siedzącej i przetarłam
oczy. Rozejrzałam się po pokoju. Nieliczne promienie światła przedostawały się
przez żaluzję. Obróciłam głowę w stronę mojego męczyciela.
-Louis…?- zdziwiłam się jego odwiedzinami.
-Tak, Liam jedzie właśnie do Harryego i kazał się ciebie
spytać czy chcesz się z nim wybrać.
-Oczywiście.!- zerwałam się z łóżka pędząc do łazienki.
Szybka poranna toaleta i jeszcze
ubrać się w coś przyzwoitego i byłam gotowa. Zauważyłam, ze zabrałam więcej
rzeczy niż planowałam. Poza przyborami potrzebnymi do codziennej toalety było
także sporo ciuchów. Nie wiem jak ja je tam upchałam. Być może to z tego
przejęcia i pośpiechu nie zwracałam uwagi na to, co robię. Założyłam na nogi
trampki i wyszłam z pokoju Hazzy, który aktualnie zajmowałam. Liam zaprowadził
mnie na parking hotelowy gdzie stał już wynajmowany przez nich samochód. Nie
znałam się na motoryzacji, ale auto zrobiło na mnie dość sporę wrażanie. Z
resztą chłopcy zawsze mieli świetny gust co do takich spraw.
Dojechaliśmy na miejsce w
zaledwie pięć minut. Mimo porannej godziny wiele osób kręciło się już w
szpitalu w poszukiwaniu swoich bliskich.
Pielęgniarki i lekarze też nie siedzieli bezczynnie. Białe fartuchy co chwilę
rzucały mi się w oczy. Poszliśmy do Sali Harryego. Chłopak właśnie jadł
śniadanie.
-Hej młody. –przywitał się Liam i zmierzwił mu włosy.
Cmoknęłam Hazze w nos brudny od owsianki i zajęłam miejsce
obok Liama
-Jak się czujesz.?
-Dziś jest już lepiej. Nadal boli mnie głowa, ale lekarz
powiedział, że przejdzie. –chłopak posłał mi jeden z najpiękniejszych uśmiechów
na świecie.
Kochałam go
za to. Mogło być gorzej niż jest teraz. Budynki mogłyby się zawalać, przyszło
by tornado, tsunami…. Totalna apokalipsa, umierałabym ze strachu, ale gdyby on
się uśmiechnął…. Zapomniałabym o wszystkich zmartwieniach. Tak jak teraz. Łóżko
szpitalne i charakterystyczny zapach dla tego budynku znikł jak za ruchem magicznej różdżki.
-No to kiedy wychodzisz.?- spytał Liam przeglądając szafkę
Hazzy.
-Lekarz powiedział, ze jutro rano mogę iść. Wypłukali mi już
żołądek i nic mi nie jest. –oświadczył zamykając drzwiczki metalowego mebla.
-A ty nie miałeś iść na jakiś odwyk.?
-Powiedzieli mi, że to nie jest konieczne w moim stanie.
***nazajutrz
Siedzieliśmy
już na swoich miejscach w samolocie. Zayn właśnie zagadywał seksowną
stewardessę, Liam próbował rozplątać swoje słuchawki, które kupił wczoraj na
rzecz lotu, Niall opychał się orzeszkami, a Louis czytał jakieś pisemko. Szczerze mówiąc nie
rozmawiałam z nim od kiedy obudził mnie żebym jechała z Li do szpitala. Może
już sobie odpuścił.? Może zrozumiał, że kocham Harryego. W każdym razie jest o
wiele spokojniej. Usłyszałam ciche chrapanie Hazzy. Biedak. Musiał być naprawdę
zmęczony skoro tak szybko zasnął. Przecież to dopiero pierwsze minuty w
powietrzu. Wtuliłam się w jego ciepłe ciało i razem z nim odpłynęłam.
Chwyciłam
swoją walizkę, która wyjeżdżała na taśmie. Chłopcy czekali już na mnie przy
wyjściu. Szybko do nich dołączyłam i udaliśmy się do zamówionych taksówek. Po
dotarciu do domu Hazz rzucił się na sofę. Potknęłam się o jego nogi i upadłam
na ziemię. Dobrze, ze chociaż na puchowy dywan.
-Lili, ty niezdaro.- zaśmiał się poprawiając się tylko na
sofie.
-Nie no dzięki za okazaną pomoc. –roześmiałam się wstając. –Lecę
pod prysznic, a ty może idź się połóż na górę. –zmierzwiłam jego włosy i udałam
się na górę.
Chłopak podążył za mną. Ułożył się na łóżku i zamknął oczy.
Marzył mi
się długi prysznic. Najlepiej taki z naprawdę gorącą wodą. Położyłam ciuchy na
zmianę na wannie i odkręciłam korek by spłynęła zimna woda. Rozpięłam swój
sweterek i rzuciłam go gdzieś za siebie. Spodnie poleciały w tym samym
kierunku. W porę przypomniało mi się, ze nie wzięłam ręcznika. Całe szczęście,
ze się nie rozebrałam do końca.
Mimo to, że nie miałam uprzedzeń do chodzenia nago przed
Harrym wolałam jednak być ubrana. Niby widział mnie już tyle razy nago, ale coś
mnie blokowało do chodzenia przed nim taj jak mnie pan Bóg stworzył. Nie mogłam
robić tego od tak. Chwyciłam klamkę i
popchnęłam drzwi.
-Harry, widziałeś może… -zamurowało mnie.
Hazz
poderwał się na równe nogi. Z łóżka spadł dolar, a Styles czym prędzej próbował
przykryć swoje rzeczy. Podeszłam do niego i lekko odsunęłam. Uniosłam róg
pierzyny do góry. Przez mój gwałtowny biały proszek rozsypał się po posłodzę.
Cofnęłam się nie chcą y spadł na mnie. Nie wierzyłam własny oczom. Przecież
chłopak właśnie wyszedł ze szpitala i znów pakuje się w te gówno. On jest chyba
jakiś chory i odwyk mu nie jest potrzebny.
-Lili, posłuchaj… -próbował do mnie podejść, ale ja go
odepchnęłam. –To nie tak.
-Obiecałeś mi Styles. –warknęłam a z oczu pociekły mi ciepłe
strużki. –Powiedziałeś, że żaden odwyk nie jest ci potrzebny.
-Ale posłuchaj ja muszę…
-Co musisz.?! –krzyknęłam. Hazz próbował spleść nasze palce,
ale ja go odepchnęłam. –No powiedz, co musisz.? Musisz ćpać.? Musisz mnie tym
katować.?! No proszę tłumacz się. –moje krzyki przybierały na wartości.
-Ja nie potrafię przestać.
-Od tego jest odwyk.
-Lili…
-Co Lili.? –przerwałam mu.
Jego oczy
wypełniły się smutkiem jak i… gniewem.? Odeszłam od niego na parę kroków.
Miałam go dość. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Miał być znów normalny, no
przecież sam lekarz mu mówił, ze odwyk jest nie potrzebny. No chyba, że Harry
mnie okłamał. Nie, nie zrobił by tego. Nie mi.
-Jesteś zwykłym ćpunem, który zrobi wszystko by tylko zażyć
swoją dawkę. –wrzasnęłam mu prosto w twarz.
Wiedział, ze może go to zaboleć, ale to co robił mi bolało
sto razy mocniej. Nie rozumiem tego wszystkiego… on tego nie widział.?!
Poczułam
mrowiące ślady rozchodzące się po twarzy. Z każdą chwila przeradzały się w
gorszy ból. Nie wierzę. On znów zaczyna. Znów bije…. Nie chcę tak żyć. To
okropne. Ja nie mogę marnować swojego życia. Do niego nic nie dociera. Chciałam
mu pomóc, ale on nie chce tego.
-Harry…
-Gdybyś była cicho to Nie doszło by do tego. –krzyknął
rzucając we mnie poduszką.
Potarłam swój obolały policzek. Nie dość, że chcę mu pomóc,
ze chcę żeby wszystko się ułożyło… to on…mnie bije i jeszcze uważa, ze to moja
wina.
-Czyli uważasz, że to moja wina.?! Moją winą jest to, że ćpasz
i że właśnie mnie uderzyłeś.?! –teraz nie bałam się niczego. Może mnie uderzyć
i co z tego.?
Będzie
bolało, wiem, ale mój ból psychiczny przewyższa nad tym fizycznym. Ja po prostu
przestałam się tym tak przejmować. To już nie było takie zaskoczenie jak za
pierwszym razem. Teraz dopiero zaczęłam się zastanawiać czy ja go kocham, bo
przecież gdybym go kochała to wybaczyłabym mu to… zostałabym z nim, a teraz
jedyne co chcę zrobić to uciec.
-To przez ciebie zacząłem.! To ty kręciłaś tyłkiem przed
Louisem.! Myślisz, że tego nie widziałem.?! Myślisz, że jestem ślepy.? Ale
proszę bardzo skoro tak go ubóstwiasz to wypierdalaj.!- chłopak rzucił we mnie
walizką –No proszę tam są drzwi. Idź i zniknij z mojego życia. Dziwka ma więcej
godności niż ty. Jesteś dla mnie nikim.
Nie mogłam uwierzyć w to co
słyszę. On… nawet nie wiem co mam o tym myśleć. Ubrałam się i chwyciłam
walizkę. Nie zostało mi nic innego. Muszę iść. Bolało mnie to osoba, którą
kocham sprawiła mi tyle bólu, ale ja miałam już tego dość. Mam GO dość. Niech
zostanie tu i niech zaćpa się na śmierć. Nie chcę już tak żyć.
Zamknęłam za sobą drzwi wyjściowe
i wyciągnęłam telefon. Jesienny chłód dał o sobie znać. Nie zdążyłam zabrać
swojej kurtki. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie zadzwonię do chłopców, bo niby
co ja mam im powiedzieć.?! Nie chcę żeby traktowali mnie jak poszkodowaną
dziewczynkę. Nie chce żeby wiedzieli… Było jedno wyjście. Nie podobało mi się,
ale było….
-Halo. –usłyszałam głos po drugiej stronie słuchawki
Od razu zrobiło mi się cieplej. Wiedziałam, ze on mi pomoże.
-Louis, możemy porozmawiać.?
Dajesz następny...
OdpowiedzUsuńTen imagin jest super i mam nadzieję że się za szybko nie skończy