Rozdział
23 „Koniec.”
Nie wiem ile już tam siedziałam.
Na horyzoncie pokazywał się piękny zachód słońca. Ile ja bym dała żeby obok był
teraz Harry. Moje policzki zrobiły się już suche. Najwyraźniej ilość łez była
ograniczona. Położyłam się na piasku. Przecież miało być tak pięknie. Harry,
dom, ślub, dzieci… tylko co ja poradzę, że mam dopiero osiemnaście lat.?!
Chętnie bym wyszła za Hazze i bardzo chciałabym mieć z nim dzieci, ale ja muszę
się jeszcze wybawić. Mam nadzieję, że Hazz mi wybaczy, ze w końcu wszystko
będzie dobrze. Wrócę do domu i wszystko mu wytłumaczę…no właśnie jak wrócę…
przecież ja kompletnie nie wiem gdzie mam iść. Wszyscy plażowicze się zmyli i
zostały tylko dwie pary spacerujące brzegiem morza. A ja.? Jeszcze dziś rano
obudziłam się w objęciach mojej miłości, a teraz… leżę na tym piasku jak jakiś
menel spod monopolowego…pięknie.! Jednym słowem CUDOWNIE.!
Prawię nie rozmawiam z rodzicami, nie licząc tego jednego
spotkania, ale oni przyjechali tylko po ty by poznać Hazze, zawaliłam rok
szkolny, zostałam ofiarą napalonej marchewki, pokłóciłam się z chłopakiem i w
dodatku zostanę plażowym bezdomnym…gorzej być chyba nie mogło.
-Lili.!-
usłyszałam jak ktoś woła moje imię.
Nie przejmowałam się tym. Równie dobrze mogły to być wytwory
mojej wyobraźni. Nie zdziwiłabym się gdyby to było to. Jednak wołania nie
ustawały, a ja słyszałam je coraz wyraźniej. Podniosłam się i spojrzałam w
kierunku miejsca, którego dochodziły te dźwięki. Ujrzałam chłopaka. Biegł do
mnie. Zlustrowałam go wzrokiem. Miał na sobie białe trampki bez sznurówek.
Podwinięte nogawki u czerwonych spodni, białą koszulkę w granatowe paski, siwą
bluzę i do tego rozwianą przez wiatr grzywkę. Nie no myliłam się…jest teraz
znacznie gorzej niż minutę temu. Pasiasty przyklęknął obok mnie i przytulił
szczęśliwy.
-Lili, wszędzie cię szukaliśmy. –oznajmił radośnie –Tu się
cała trzęsiesz.- powiedział mi jakby to nie było dla mnie oczywiste
Było mi zimno i to bardzo,
przecież leżałam w samym bikini nad morzem w dodatku wiał wiatr. Musiałam
drgać, to normalna reakcja na niską temperaturę. Louis zdjął z siebie bluzę i
pomimo moich niezbyt energicznych sprzeciwów włożył ją na mnie.
-Chodź, chłopcy cię szukają.
Nie chciałam z nim nigdzie iść. Najpewniej chłopcy oznaczało
wszyscy oprócz Harryego. Ponownie opadłam na piasek. Louis nie znosił
sprzeciwów. Nim się obejrzałam trzymał mnie na rękach i kierował się w stronę
parkingu.
-Puść mnie- krzyczałam waląc go pięściami po klatce
piersiowej.
Nic to nie dało. Był niewzruszony.
-Louisie Williamie Tomlinson.! Ma pan mnie łaskawie opuścić
na ziemię.!
Nic nie odpowiedział. Jakby mnie w ogóle tam nie było. Nim
się obejrzałam ułożył mnie na tylnim siedzeniu i zamknął drzwi. Wyjął komórkę z
kieszeni i najpewniej dzwonił do chłopców.
W aucie
była moja torba z rzeczami, które tu wzięłam. Było wszystko…telefon, ręcznik,
ciuchy nawet jedzenie, które zrobiłam. Zadbał o wszystko. Byłam mu wdzięczna,
ale to nie zmieniało tego, że mnie wkurzył.
-To jak jedziemy.?- nawet nie zauważyłam kiedy wsiadł do
auta
-Właściwie nie mam po co.- przypomniałam sobie kłótnie z
Hazz
-Nie przesadzaj. Przenocujesz u nas. –zaproponował –Niallowi
brakuje kogoś kto by mu gotował, a Liam nie robi tak dobrego spaghetti jak ty.
Uśmiechnęłam się. W gruncie rzeczy był to komplement.
Pasiasty kazał mi się przesiąść na przód, co szybko zrobiłam. Zapięłam pasy i
chwilę się pokręciłam by znaleźć najwygodniejsze miejsce. Poczułam jego rękę na
moim udzie. Wiedziałam, że to nie najlepszy moment i on raczej też, ale cóż
najwyraźniej jeszcze mu się podobałam.
-Będzie dobrze. –na marne próbował mnie pocieszyć
Dobrze nie
będzie. Znów wrócę do jakiegoś taniego mieszkanka lub do Polski, będę harować w
pocie czoła na marne dziewięćset funtów. Znów będę wracać do pustego mieszkania
z tym uczuciem smutku wywołanym przez samotność. Poczułam ciepłą strużkę na
moim policzku. Wytarłam ją szybko byleby Lou nie zauważył. Jednak chyba ten
plan nie wypalił. Poczułam jego ciepłe wargi na swoim policzku. Do moich
nozdrzy dotarł jego zapach, a jego ręka powędrowała na mój brzuch.
-Już ja się o to postaram.
Dziwne, ciepłe uczucie rozlało mi
się w okolicach brzucha. Przeklęte motyle. Historia z Louisem jest już
zakończonym rozdziałem, ale coś przyciągało mnie do niego jak magnes metal. W
jednej chwili miałam ochotę rzucić się na niego i pocałować te piękne malinowe
wargi, spojrzeć z bliska w te lazurowe oczu, które sprawiały, że odlatywałam w
inny świat…STOP…. Jest jeszcze druga strona, miałam ochotę go zabić. Udusić za
to, że obudził te okropne owady.
Chłopak odpalił auto i ruszyliśmy
w kompletnie nie znanym mi kierunku. Było już późno, a przecież cały dzień
spędziłam leżąc na piasku okryta zimnym powiewem. Zmęczenie wzięło górę. Moje
powieki stały się ciężkie. Nie miałam już ochoty na nic. Mogłam zasnąć i nigdy
się nie obudzić. Było mi to obojętne. Obudziłam się dopiero jakieś trzy
kilometry przed domem. O dziwo nie moim i Hazzy, ale naszym starym domem, w
którym aktualnie mieszkali chłopcy. Louis podjechał pod bramę garażową i zgasił
auto. Nie chciało mi się wstawać. Dziś miałam zamiar spać w jego aucie.
Siedzenie było niezwykle wygodne, a jego ciepła bluza otulała moje ciało. On
jednak miał inne plany. Louis wziął mnie na ręce i zaniósł mnie do mojego
dawnego pokoju. Wiązało się z nim tyle wspomnień, których teraz nie chciałam
sobie przypominać.
-Dzięki- rzuciłam kiedy chłopak wychodził
-Nie spisz.?- zdziwił się.
-Nie, ja po prostu lubię jak mnie ktoś nosi na rękach-
uśmiechnęłam się niemrawo.
-Przyniosę ci coś do picia –zaproponował
Zanim
zdążyłam się zgodzić znikł gdzieś w ciemnościach korytarza. Okryłam się puchową
kołdrą, która nie pasowała do ciepłej pogody na zewnątrz. Cóż, chłopcy to
chłopcy…sami sobie nie poradzą. W domu panowała przerażająca cisza. Chyba
oprócz mnie i Louisa nikogo tu nie było. Chłopcy musieli trochę później
wyjechać. Nagle światło w moim pokoju się zapaliło, a do niego wszedł Louis z
tacą w rękach.
-Zrobiłem ci naleśniki- usiadł koło mnie, a do nozdrzy
dobiegł przyjemny zapach –Ale nie są tak dobre jak twoje. –uśmiechnął się
czarując mnie swoimi tęczówkami.
Dlaczego on mi to robi.?! Jestem pewna, że wszystko wykonuje
specjalnie.! Przeniosłam się do pozycji siedzącej, a chłopak podał mi talerz i
widelec.
-Miało być tylko coś do picia- zauważyłam
-No wiem, ale nie mogę się powstrzymać od uszczęśliwiania
takiej dziewczyny jak ty- odgarnął moje pasemko za ucho
Teraz byłam
pewna, ze robi to specjalnie. Odsunęłam się od niego gwałtownie i poprawiłam
włosy. On chyba zrozumiał ten gest, bo wstał i udał się na dół. Kiedy zjadłam
zrobiłam to samo żeby go choć przeprosić i naprostować sytuację. Teraz nie byłam już z Harrym i może zrobiłam
mu tym nadzieję. Tak szczerze, to ja nie wiem co było pomiędzy mną i Hazz.
Chłopak zostawiając mnie tam pokazał, jaki jest niedojrzały. Nie jestem
dzieckiem i umiem sobie poradzić, ale mogło mi się coś stać, a on nawet się tym
nie zainteresował. Jakoś blado widziałam naszą przyszłość.
Louis
siedział na sofię. Usiadłam obok niego i pogładziłam go po ramieniu. On tylko
odsunął się na znaczącą odległość. Nie miałam zamiaru odpuścić, przecież jakby
nie patrzyć Lou był moim przyjacielem…chyba. No przynajmniej ja to tak
odebrałam. Przysunęłam się bliżej niego i złapałam za nadgarstek tak by mi już
nie uciekł.
-Louis, przepraszam.
Lou westchnął i przeczesał swoje włosy pozostawiając je w
artystycznym nieładzie
-Nie, to ja przepraszam. Niepotrzebnie robię sobie
nadzieje.- uśmiechnął się niemrawo spuszczając wzrok na puchaty dywan.
Nie wiedziałam co mu na to odpowiedzieć. W rzeczywistości
nie chciałam z nim być. No w każdym razie nie teraz, bo nawet nie wiem czy
sprawa z Hazz jest skończona. Przytuliłam go tylko w geście pocieszenia. Wszystko
miało się już jakoś poukładać. Lou byłby moim przyjacielem z Harrym pogadałabym
jutro. Wyjaśnilibyśmy sobie wszystko i może wrócili do siebie, ale los znów
mnie zadziwił. Usłyszałam dźwięk przekręcania kluczykiem w zamku i później
otwierania drzwi. Oderwałam się od Lou i oboje zerwaliśmy na równe nogi. W
progu stanął Hazz…. Z walizką.?! Co on do cholery…z moją walizką…teraz ją
dobrze widziałam. Moja różowa walizka w jego dłoni. Zdążył mnie już spakować.
-Widzę, że już znalazłaś pocieszenie –uśmiechnął się
sarkastycznie
-Harry, o czym ty pieprzysz. –podbiegłam do niego i złapałam
jego dłoń.
Odepchnął
mnie delikatnie, ale był to najgorszy cios w moje delikatne serce. Nie
wiedziałam co robić. Lokaty odstawił moja walizkę koło sofy i miał już wychodzić,
ale zagrodziłam mu drogę.
-Harry, przynajmniej porozmawiajmy. –zaproponowałam cicho
-O czym.? O stanie mojego konta, czy o jakimś nowym gównie,
które mam ci kupić.?!- wrzasnął na mnie
O co mu teraz chodziło. Przecież ja taka nie byłam. Nie
prosiłam go nigdy o nic, przecież sami zaproponowali mi prace u siebie, a kiedy
przeprowadziliśmy się do nowego domu to była tylko jego decyzja ja i tak nie
miałam nic do gadania.
-Przecież ja nigdy od ciebie nic nie chciałam. –poczułam jak
łzy napływają mi do oczu
-Jak to, nie.? Mieszkałaś u nas za darmo, kupiłem dom dla
nas. Miałaś wszystko i dzięki czemu.?! Dzięki mojej naiwności. –odepchnął mnie,
ale w porę złapał mnie Lou
-Hazza, to ty chciałeś dom, a prędzej to dla was
pracowałam.- ponownie do niego podbiegłam
Popchnął mnie, a ja upadłam na podłogę. Krzyczał coś jeszcze
do mnie, ale nie słyszałam nic.
Po moich policzkach płynęły teraz
dwie rwące rzeki. Byłam jak w amoku. Widziałam tylko jego, który wrzeszczy i
wymachuję rękoma. Podniosłam się i mimo ryzyka podeszłam do niego, ale o był
najwyraźniej błąd. W podzięce otrzymałam siarczystego ciosa w policzek. Nie
wiem czy to ze zdenerwowania czy po prostu chciał to zrobić, ale byłam pewna,
że to był koniec. Facet, który uderzył raz zrobi to i drugi. Louis wręcz wypchał
Hazze z domu. On na odchodne rzucił jeszcze „Resztę rzeczy dostaniesz jutro”.
Uciekłam na górę. Nogi same mnie tam poniosły. Nakluczyłam się i oparłam
plecami o zimne drewno. Nie miałam siły na nic. Poszłam pod prysznic.
Rozebrałam się i wskoczyłam pod zimny strumień wody, który sparaliżował moje
ciało. Nie wiedziałam ile już tam siedzę, ale zdążyłam przyzwyczaić się do
lodowatego dotyku cieczy. Namydliłam się jakimś płynem pozostawionym tu przez
chłopców i okryta ręcznikiem wyszłam do swojego pokoju.
Nie
miałam się tu, w co ubrać. Po prostu położyłam się do łóżka bez niczego. Było
mi to obojętne. I tak już nikt nie
przyjdzie się do mnie położyć. Ni rozumiałam jednak jednego. Jak miłość mojego
życia mogła mnie tak potraktować, a może to nie była ona.?! Może muszę dalej
szukać…nie wiem. Brakowało mi go. Brakowało mi ciepła drugiego ciała. Kto
będzie teraz przy mnie.? Kto mnie przytuli, pocieszy, pocałuje…świadomość, że
nie ma już przy mnie Hazzy była dołująca. Usłyszałam pukanie. Niechętnie
wyszłam z ciepłego już łóżka i owinęłam się ręcznikiem. Odkluczyłam drzwi i
znów położyłam się w moje poprzednie miejsce okrywając się szczelnie pierzyną.
Nie dlatego, ze było mi zimno, ale dlatego, że do pokoju wszedł Lou. Usiadł
obok mnie i pogładził po głowie
-Trzymasz się.?- spytał jednak nie doczekał się odpowiedzi.
–Lili, wiem, ze jest ci ciężko, ale zrozum Harry zachował się jak dupek. Nie
warto marnować na niego łez. –próbował mnie pocieszyć
Nie reagowałam. Cały czas
wpatrywałam się w szafkę nocną, na którym stał budzik. Nie wiem po co. Nie było
w tym jakiegoś konkretnego celu. Po prostu leżałam tak i go słuchałam. Na
chwilę ucichł, by później kolejne słowa wyszły z jego ust.
-Lili, jeśli mogę coś dla ciebie zrobić to powiedz, bo ja
zrobię wszystko byś była szczęśliwa.
Skierowałam na niego wzrok i przytrzymując pierzynę
przeniosłam się do pozycji siedzącej. Nie byłam pewna tego co za chwilę powiem
jednak musiałam. Coś we mnie kazało mi to zrobić. Prosiło mnie bym to zrobiła.
Osobiście sama musiałam przekonać się czy to co czuję to prawda… Oboje
zamilkliśmy na chwilę. Wpatrywałam się tak w niego. W jego niebieskie oczy.
Analizowałam każde słowo, które za chwilę powiem by później nie żałować.
Poczułam jak kolejna fale łez pojawia się na moim policzku. Nie kontrolowałam
ich. Może chciałam żeby się pokazały. Dzięki nim, czułam swego rodzaju ulgę.
-Gdzie chłopcy.?- spytałam pełna nadziei, ze dziś nie wrócą.
-Zayn u Perrie, Liam u Daniell, a Niall u jakiejś Caroline-
oznajmił mi, a ja w duchu ucieszyłam się jak małe dziecko
-Caroline.?- zdziwiłam się
-Tak, jego dziewczyna. Dużo się wydarzyło od kiedy poszłaś tam
mieszkać.- uśmiechnął się –Lili, zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa- zmienił
teraz ton na cichszy i delikatniejszy
Jego głos łagodził moje uszy. Chciałam
żeby nie przestawał mówić. Teraz kiedy dowiedziałam się, ze chłopcy raczej nie wrócą
na noc, byłam pewna, ze chcę poprosić o to Lou. Wiedziałam, że później będę
tego żałować, ale musiałam. Po prostu musiałam
-Louis- zaczęłam cicho i niepewnie. On tylko przysunął się
bliżej i analizował każdy szczegół mojej twarzy –Kochaj się ze mną.
Wow wow jeszcze raz wow :D Pisz następny czekam <3
OdpowiedzUsuń